Rok naparstnicy

– Jest wojna z Czechosłowacją! – powiedział ktoś do grupki czekającej na uruchomienie młockarni.

Nie pamiętam, żeby ta przed chwilą zasłyszana w radiu wiadomość zrobiła na nas jakieś wrażenie i czy ktoś o tym rozmawiał. Był rześki pogodny ranek upalnego lata i wynajęta na jeden dzień maszyna zaraz miała ruszać. Schodziła się paroosobowa załoga, uzupełniająca na zasadzie wzajemnej wymiany część rodzinną wujka Władka.

Tego dnia pierwszy raz (a chyba i ostatni) stałem na najtrudniejszym stanowisku za młockarnią przy odbiorze wymłóconej słomy, która przeszła przez całą drogę wewnątrz ogromnej i złożonej maszyny. Zbierało się jak największe naręcze słomy, odnosiło na bok, kręciło szybko podwójne powrósło, związywało duży snop, dużo większy niż przed omłotem, i oddawało do wrzucenia na stertę, którą z kolei ktoś doświadczony układał obok stodoły. Możliwe że te podwójne powrósła kręcili na zapas inni, bo to zupełnie co innego niż wiązanie skoszonego zboża „na promień”, czyli garstką słomy z kłosami.

Przedtem jako nastolatek podawałem widłami snopki z sąsieka na górną platformę młockarni, gdzie za ladą stała doświadczona kobieta, rozcinała nożem powrósło,  i  dawkowała rozpuszczony snopek wsuwając garściami do szpary gdzie słomę porywał wirujący metalowy bęben. Nie można było wrzucać całego snopka, i każda grubsza garść zboża powodowała, że wał młockarni się dławił, a czasem aż zatrzymywał, co powodowało spadnięcie pasa transmisyjnego gdyż lokomobila cały czas pracowała.

Jeszcze wcześniej jako dziecko podawałem snopki z głębi sąsieka temu, kto je przerzucał na młockarnię. A jeszcze wcześniej chodziłem po podwórzu podziwiając pracującą hałaśliwie lokomobilę, albo zaglądałem za stodołę, gdzie w gęstej chmurze uwijali się dorośli odbierający wymłóconą słomę, którą z wyciem i głośnym klekotem ruchomych części wypluwała paszcza młockarni, z impetem wyrzucająca im w twarz drobne plewy i gęsty kurz. Nie mogłem sobie wyobrazić, jak ci ludzie potrafią godzinami pracować i nie oślepnąć ani się nie udusić w takim pyle, i nie ogłuchnąć od łoskotu.

A dziś moje jedyne omłoty to ręczne rozcieranie koszyczków kwiatowych nasion, jak ostatnio naparstnicy. Właśnie te omłoty zakończyłem i teraz obmyślam, gdzie plon rozsiać, bo te miejsca, gdzie naparstnice rosły, są już usiane drobniutkimi roślinkami – nie wszystkie nasionka zdążyłem zebrać zanim się same nie wysiały.

W czterech flaszeczkach po lekarstwach mam cztery odmiany: białą, bladoróżową, klasyczną purpurową i ciemnopurpurową. Dwie pierwsze mają nieco jaśniejsze nasionka, pozostałe trochę ciemniejsze.

Kiedy dwa lata temu zebrałem cały plon z kilku naparstnic, już wtedy musiałem oddzielić zwykłe od niezwykłych, białych. Te ostatnie dała jedna wyjątkowa roślina, o której przeczytałem, że jej właściwie nie ma, że wyhodował ją jakiś Anglik w XVIII wieku. Tymczasem ona się pojawia wśród każdej większej liczby nasion.

Z nadmierną troską je wtedy przetrzymałem przez zimę i wczesną wiosną 2012 wysiałem do dużej skrzynki (białe) oraz do malutkich ogrodniczych doniczek (pozostałe), i chyba nadopiekuńczo się nosiłem z przesadzaniem, dosypywaniem ziemi (mają tendencję do wyłażenia z gruntu i wiszenia na małym korzonku całkiem na wierzchu). Ale być może gdybym zostawił je w 2011 roku swojemu losowi, to by maleństwa nie przetrwały ciężkiej zimy jak wszystkie roczne rośliny, co spowodowało że rok 2012 był rokiem bez naparstnic. A rok 2013 jest, ho ho.

Tym razem będę jednak nieczuły: niech sobie samosiejki radzą same, już wiem że w tej liczbie i przy tej żywotności nie zginą, a pozyskane nasionka rozsieję gdzie indziej. Gdzie? To moja tajemnica.

A teraz podziwiajcie. I współczujcie moim mękom wybierania tej garstki zdjęć z kilkuset dobrych. To będzie i tak tylko seria ogólnych widoków całej plantacji i zwykłej naparstnicy jasnopurpurowej. Prezentacje zbliżeń trzech nowych kolorów: białego, bladoróżowego i ciemnopurpurowego zostawiam na później.

Aha. Naparstnica sama się pojawiła w moim ogrodzie, po prostu wiosną 2010 roku nie wyrwałem wielkiej zielonej rozety, czekając z ciekawością co z niej może wyrosnąć.

019naparstek-kwp 181nap-mrowka-kwp ??????????????????????????????? 032roknaparstnic-kwp 113rok-nap-4kolory-kwp ??????????????????????????????? ??????????????????????????????? ??????????????????????????????? 017purple-kwp ??????????????????????????????? ??????????????????????????????? 130rok-kot-kwp ??????????????????????????????? ??????????????????????????????? ??????????????????????????????? 011nap-purp-kwp 012purp-kwp ??????????????????????????????? 065purple-white-dkwp ??????????????????????????????? ??????????????????????????????? 008rok-nap-kwp 021foxglove-twocolors 006rok-nap-kwp 043rok-nap-kwp 172rok-3kolory-kwp ??????????????????????????????? 112purp-dkwp ??????????????????????????????? 049foxglove-purple-kwp ??????????????????????????????? 058foxglove-purple-kwp 058foxglove-purple-dwp 102purp-int-kwp 113rok-nap-icon-kwp ??????????????????????????????? ??????????????????????????????? ???????????????????????????????

Tekst 20 sierpnia 2013, zdjęcia czerwiec-sierpień 2013

© A. Dąbrówka

Informacje o Andrzej Dąbrówka

Tenured professor, Institute of Literary Research (Polish Academy of Sciences), Warsaw.
Galeria | Ten wpis został opublikowany w kategorii nature, personal, photography i oznaczony tagami , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

11 odpowiedzi na „Rok naparstnicy

  1. Angie pisze:

    Piękne, piękne!🙂

  2. To wszystko jest jeszcze świeże, choć już minione. Tylko kilka dni temu skończyła dokwitanie ta najwyższa, dwumetrowa, kwitnąca bladoróżowo/wrzosowo. Ona była najbliżej tej wojny sopli, która się przetoczyła na magnolii, pod którą rośnie.

    A teraz jeszcze jedna kwitnie, mały odrost boczny głównego przekwitłego pędu, to jest ta najciemniejsza odmiana.

  3. Strof pisze:

    A po skończonej robocie miarka wódki dla przegryzienia kurzu, który zalepiał gardło… Kąpiel w nocnej rzece. Zapach gorąca, dusznej słodyczy, drewna…

    młócili młócili aż został ze słońca
    tylko piorun kulisty u belki
    nad nimi słomiany zapał
    nie wygasł druga
    zmiana wraca przewozem noc się
    kołysze fabrycznie nowa
    w olejnych drzewach
    wdziera się rzeka w ciała
    wygładza
    mięśnie poprzecznie zmęczone
    zmierzwione hałasem włosy
    giewont dogasa jak
    wódka w gardle
    a tam
    idą już zapowiedzi
    na młynkowanie
    panie młody panie młody
    białe koszule
    sad rozświetlają
    gdy toczą się
    w naszej świętej pamięci
    obumarłe ziarna
    oddzielone
    od nas

    Kwiaty to kielichy goryczy, że piękno radzi sobie bez naszego udziału🙂🙂

    Pozdrawiam serdecznie
    Strof

    • Pamiętam to wieczorne kąpiele w ciepłej Wiśle, Już w półmroku, bo cały dzień nie było czasu.

    • O, rzeczywiście, rozum człowieka jest młockarnią, do której wrzucają wszystko pomieszane, a ona to kręcąc tłucze, przetrząsa, i przedmuchuje, żeby poukładać na różne kupki to co się zdaje użyteczne.
      Na szczęście jest bezgłośna, gdybyśmy słyszeli to w głowach, co się z tymi strzępami faktów dzieje, nikt by nie zdzierżył.
      A i tak niektórzy muszą się wyciszać sztucznie wódką (ręce mi napisały wątk— tak niezwyczajne było to słowo) i papierosem giewont. Inni wolą wyciągać się na grzbiecie i rozpływać w wodzie, wystawiając na wierzch tylko nos.
      Najważniejsza ścieżka technologii młockarni prowadzi przez meandry wirujących bębnów, piętrowych drgających przetaków, wiatry młynków dmuchających, do kraników, gdzie czekają przypięte worki. Ziarna które wnosimy potem w pękatych workach do spichlerza pamięci nie są jednakże obumarłe – tamte powędrowały w stronę kąkolu i plew. Te zdrowe i dojrzałe są przeznaczone na przechowanie, będą służyć do wyższych celów.

      • Strof pisze:

        Ważna jest jakość zboża. Metaforyczna młockarnia powinna być dzisiaj urządzeniem wielozadaniowym. Wśród jej funkcji musi być również wyszukiwanie dobrego ziarna. Wtedy jest sens oddzielać go od plew. Kłosy z ziarnem zmodyfikowanym, skażonym, w ogóle nie powinny trafiać do młócenia.
        Problem w tym, że dzisiejsze czasy uczyniły z placu omłotowego coś na kształt krzyżówki bazaru z wysypiskiem.
        Jest jednak nadzieja, że dobrą uprawę można podnieść nawet z kilku ziaren. Ponoć.

      • Kiedyś byliśmy zdani na to, co wyrośnie tam, gdzie sami rośniemy. Dziś mamy większą swobodę wybierania pola na którym żyjemy, ale wpływ na to co wokół nas rośnie nigdy nie będzie duży. Zawsze pozostaniemy po trochu zbieraczami, i nie wszyscy uważają to za przekleństwo. Ale z pewnością ocena jakości ziarna, które zbieramy jest naczelnym zadaniem kulturowym, bo instynkty tu nie wystarczają. Krowy europejskie, które przewieziono do południowej Afryki nie umiały odróżnić trujących traw od jadalnych.
        Tak nawiasem moje zabawy ogrodnicze na tym w sumie polegają, żeby koło mnie rosło to co ja chcę, i takie jakie chcę. Rolnicze geny.

  4. Pingback: The object’s point of view | adabrowka

  5. Pingback: Drugi uśmiech Ireneusza | adabrowka

  6. Pingback: Suma roczna | adabrowka

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s