Święto Niepodległości

Polacy chcą niepodległości, lecz pragnęliby, aby ta niepodległość kosztowała
dwa grosze i dwie krople krwi – a niepodległość jest dobrem nie tylko cennym,
ale i bardzo kosztownym.” – z myśli Józefa Piłsudskiego

Powiem tylko, że to, co kosztuje, właśnie stanowi wartość. Nie można zaś być prawdziwie wolnym bez rzetelnego i głębokiego stosunku do wartości. Nie pragnijmy takiej Polski, która by nas nic nie kosztowała.  – Jan Paweł II, Mówiąc Ojczyzna

 

011bodz-kotwiczka-kwp ????????

Padła niedawno propozycja, aby 1 sierpnia uczynić świętem narodowym.

Głównym powodem sprzeciwów jest zdanie, że nie wypada klęski czynić przedmiotem świętowania, bo to – krótko mówiąc – zły przykład dla młodzieży i wstyd przed całym światem.

Obciach, żenada, katastrofa.

To jednak krótkowzroczna i stereotypowa ocena Powstania, a co gorsza banalizujące podejście do narodowej pamięci.

Ograniczanie pamięci narodu do chwil triumfu wypacza obraz historii.

Historia nie jest meczem. Nie jest też miejscem zawodów w kategorii „kto komu zrobił większe bęcki”.

Należy upamiętniać ważne zwroty w historii, także takie, które były trudne i opłacone ofiarami.

Bloger Paolo [na łamach „Polis”] wyraził swój sprzeciw obrazem: Powstanie to Wielki Piątek, a nie Wielkanoc, a w Wielki Piątek nawet nie odprawia się mszy, bo jest to dzień żałoby, nie święto.

Jednak teologicznie myśl jest nietrafna. Owszem – inna jest liturgia wielkopiątkowa, ale brak mszy nie oznacza, że nie ma żadnej liturgii i że Wielki Piątek jest mniej ważny w Kościele. Przeciwnie, i to nie tylko dlatego, że jest nieodzownym krokiem w całym ciągu zdarzeń zwanym Historią Zbawienia, ale – powiem twardo – dlatego że to Męka i śmierć piątkowa były ceną Odkupienia, i że to Odkupienie było celem Inkarnacji, nie Zmartwychwstanie. Bez pokazania okropności Pasji i Ukrzyżowania nie dałoby się uwidocznić ciężaru Grzechu Pierworodnego, a cud Zmartwychwstania byłby podejrzany o łatwość. Ale by unaocznić wysokość ceny Odkupienia, należało pokazać, jak jeden z ludzi spłaca ją własną krwią, bólem, cierpieniem, zgonem. Ponieważ człowiek już kiedyś zawiódł, teraz musiał się nim stać Ktoś inny. On zdołał znieść tę hańbę umęczenia, bez której bezzasadna byłaby radość Zmartwychwstania.

Historia Zbawienia nie powiada, że należy ponieść jakieś straszne ofiary, a wtedy nastąpi nagroda. Nie, znak tam zawarty mówi co innego: są wartości, które bardzo dużo kosztują.

Są wartości, które można uzyskać lub utrzymać tylko płacąc bardzo wysoką cenę.

I odwrotnie: jeśli chcesz pokazać innym, co jest dla ciebie najwięcej warte, płacisz za to najwyższą cenę.

Hierarchia wartości w życiu społecznym nie może być tylko mówiona, musi być przeżyta i widoczna w zachowaniach. I gdy się kończą polemiki, aksjologiczny skarbiec musi być obroniony w naszych zachowaniach, które nas coś kosztują. To jest ta ostateczna cena.

Istotą dziedzictwa narodu, jego aksjologicznego skarbca, są probierze wartości: nie tylko przykłady odniesionych zwycięstw, ale także trudne decyzje, podejmowane w sytuacjach, z których nie było dobrego wyjścia.

Nawet błędy, choć umieszczanie w tym kontekście Powstania Warszawskiego jest ahistoryczne. O ile można jeszcze zrozumieć starsze pokolenie krytyków jak Trznadel, ludzi krzyczących z bólu i wygrażających Bogu po stracie swoich rówieśników,  to młodzi dzisiaj się wymądrzający mają mentalność smarkaczy, co gardzą swoimi ojcami.

Dlaczego ocena Powstania jako klęski jest nietrafna? Gdyż sprowadza je do drugorzędnego wymiaru warunków militarnych i  następstw, znanych dopiero po fakcie.

Tymczasem znaczenie wydarzenia historycznego nie wyraża się w liczbach, ale w wartościach, jakie wchodziły wtedy w grę. Tą wartością w przypadku Powstania Warszawskiego była niepodległość.

Czyn powstańczy był probierzem: pokazaniem sobie oraz światu, że nie zostaliśmy upodleni, że niepodległość jest dla nas ciągle tak samo ważna jak jedzenie a nawet – tyle warta co życie.

Było to jak wynurzenie się nurka, który czuje, że za chwilę się udusi i musi dobyć powietrza.

Kiedy czytamy wiadomości od uczestników o ich ówczesnej euforii, o zapale z jakim przystąpiono nie  tylko do walk, ale do życia codziennego w wolności, do drukowania gazetek w „wyzwolonych kawałkach Polski” – wtedy staje się jasne, że Wielkiemu Wydarzeniu 1 sierpnia 1944 należy się ranga narodowego święta – Święta Niepodległości.

Nasi Ojcowie wtedy pokazali sobie i nam, co była ona dla nich warta.

„Zobaczcie, ile kosztowała. Ile chcieliśmy za nią zapłacić.”

Jeśli ktoś dzisiaj tego nie docenia, to nie rozumie czym jest niepodległość, więc pewnie też nie jest jej wart.

 

Andrzej Dąbrówka

1 sierpnia 2009

 

060bodz-lakowy-kotwiczki

 

????????

 

 

Informacje o Andrzej Dąbrówka

Tenured professor, Institute of Literary Research (Polish Academy of Sciences), Warsaw.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Poland. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

6 odpowiedzi na „Święto Niepodległości

  1. Tekst opublikowany 5 lat temu na łamach internetowego czasopisma „Polis”.
    Przytaczam wymianę zdań, jaka potem nastąpiła.

    [paolo]W najnowszej historii mamy tak mało niezaprzeczalnych zwycięstw i sukcesów, że nie warto ustanawiać państwowego święta w rocznicę dnia, w którym rozpoczęła się hekatomba ….

    AD – Otóż w tym dniu wydarzyło się znacznie więcej. Powstania nie można sprowadzać do wymiany ciosów militarnych, choć jako największy w tamtej wojnie zryw przeciw okupantowi też ma swoje znaczenie wojenne. Ale to naprawdę nie był mecz. 

     [paolo]Nad Londynem góruje postać zwycięzcy spod Trafalgaru. Wszędzie stoją pomniki zwycięskich wodzów i bitew. 

    AD – Banalne, by nie powiedzieć bokserskie patrzenie na historię jako paradę wyczynów typu „kto kogo znokautował i zabrał mu portfel”. Czy niezaprzeczalne zwycięstwo Hitlera w kampanii wrześniowej jest dla Niemców powodem do chwały i świętowania? Nie jest – i nie dlatego że to był Hitler, ale dlatego że chodziło mu tylko o zrabowanie portfeli.

    [Paolo] Dość mam już takiego patrzenia na wartości, o które toczy się gra w historii. Co jest warta historycznie warszawska wygrana Niemiec w 1944?

    [AD]Jakby tak spojrzeć przez lupę na te londyńskie pomniki i odjąć tych „bohaterów” co skutecznie wybijali innym zęby – co by się z nich ostało jako wielki ludzki wyczyn budujący wartości?

     [paolo]A jeśli będziemy świętować porażki i śmierć zamiast zwycięstw i życia

    [AD] Życie nie sprowadza się do samego biologicznego trwania. I nie chodzi w nim tylko o to, żeby zabierać innym portfele.

    Nie znaczy to, że koniecznie trzeba co jakiś czas składać jakieś magiczne ofiary, czy celebrować przypadki, kiedy się padło ofiarą napaści i straciło portfel. Jest różnica między 1 września 1939 a 1 sierpnia 1944, w pierwszym przypadku „tylko” broniliśmy niepodległości, w drugim aktywnie o nią wystąpiliśmy. Nigdy się nie zgodzę, aby taki akt odważnego upomnienia się o fundamentalną wartość narodową traktować jako zdarzenie niefortunne.

    Była to apoteoza niepodległości, jest co świętować.

    *** 

    AD Jakby tak spojrzeć przez lupę na te londyńskie pomniki i odjąć tych „bohaterów” co skutecznie wybijali innym zęby – co by się z nich ostało jako wielki ludzki wyczyn budujący wartości? 

    Paolo: My też mamy bohaterów, którzy skutecznie wybijali innym zęby – przy okazji budując polską państwowość – i stawiamy im pomniki (np. Bolesław Chrobry, Władysław Łokietek czy Józef Piłsudski). I co, mamy je zburzyć tylko dlatego, że ci bohaterowie byli czasami okrutni i niesprawiedliwi?

    [Andrzej Dąbrówka] Życie nie sprowadza się do samego biologicznego trwania.

    [Paolo:] Ale biologiczne trwanie jest podstawą życia – a Powstanie Warszawskie okazało się moim zdaniem gwałtem na tej biologicznej podstawie w przypadku ponad 200 tys. ludzi – w dużej części elity naszego państwa.

    [Andrzej Dąbrówka] Nigdy się nie zgodzę, aby taki akt odważnego upomnienia się o fundamentalną wartość narodową traktować jako zdarzenie niefortunne.

    Paolo: W języku polskim słowo „odwaga” pochodzi od czasownika „odważać” – czyli umieć podejmować „odważone”, skalkulowane ryzyko. Rzucić żołnierzy na rzeź (nawet w słusznej sprawie) i przegrać potrafi każdy idiota. Natomiast wygrywanie wymaga umiejętności strategicznych, cierpliwości i chłodnej kalkulacji. Tego wszystkiego ludziom, którzy Powstanie Warszawskie wywołali, po prostu zabrakło.
    Czy wiedząc o Powstaniu wszystko to, co wiadomo dzisiaj – uważa Pan że jego rozpoczęcie było dobrą decyzją? Gdyby wcielił się Pan w rolę „Bora”-Komorowskiego (znowu: wiedząc wszystko to, co wiemy dziś), to wydałby Pan ten rozkaz? Jeśli tak, to mam nadzieję, że nie decyduje Pan o niczym w dzisiejszej Polsce. A jeśli nie – to nie ma czego świętować 1.VIII, tylko potraktować tę rocznicę jak Wielki Piątek i pomodlić się, żeby takich wydarzeń więcej w naszej historii nie było.[Paolo]
     

    [AD]Uspokoję Pana: kieruję „w dzisiejszej Polsce” tylko mikroskopijną pracownią Literatury Średniowiecza w Instytucie Badań Literackich, a nawet kiedy pracowałem w Instytucie Germanistyki, też nie wywołałem wojny z Niemcami.
    Aby Panu uzmysłowić jak ryzykowne, wręcz nierozważne jest takie ocenianie naszych Ojców przez pryzmat tego, co było po fakcie, oraz na podstawie tego, co nam się wydaje że wiemy dziś, zapytam: Czy wiedząc to co dziś wiemy o kampanii wrześniowej i okupacji niemieckiej należało się sprzeciwiać Niemcom, czy raczej należało oszczędzić sobie tych milionów ofiar II wojny światowej, całej tej hekatomby ofiar i zniszczeń? Rozumiem że ze swoją aptekarską wagą Pan po prostu prawidłowo rozważyłby ryzyko i poddał się najpóźniej o godzinie piątej rano 1 września?

    Uparcie Pan zniekształca znaczenie Wielkiego Piątku traktując to jako epizod wstydliwy i świadczący o słabości: no jak można było się tak po prostu dać ukrzyżować… Porażka…
    Naprawdę Panu logicznie nic nie zgrzyta, kiedy uważa Pan że Zmartwychwstanie ma jakikolwiek sens bez Ukrzyżowania? Nie rozumiejąc celowości tego kroku łatwiej Panu w sposób pozbawiony empatii potępiać niedoskonałości naszych ojców, którzy „przegrali”, bo popełnili tyle błędów, nie dokonali tylu przygotowań, nie zapewnili sobie jeszcze tego i tamtego… nie zadbali… nie wiedzieli… nie przewidzieli… nie rozważyli…
    A jeśli oni zrobili wszystko co w ich położeniu było możliwe?
    Panu nie chciało się sprawdzić w słowniku znaczenia słowa ‘odwaga’, ale od nich Pan żąda żeby mieli lepszy wywiad, podsłuchy, agenturę wśród Niemców i Rosjan, i lepszą dyplomację – oczywiście po to tylko, aby mogli podjąć jedyną Pana zdaniem słuszną decyzję: „Żołnierze Armii Krajowej, chowajcie się po kątach gdzie kto może”.
    Czy ma Pan inne propozycje daty wybuchu?

    6 sierpnia, a może 12?

    paolo  –   |2009-08-05 19:31:31

    Ja bym bardzo chętnie podtrzymał dumę narodową Polaków i drażnił Niemców, Rosjan i Ukraińców. Postawmy zatem olbrzymie pomniki Powstania Wielkopolskiego, Bitwy 1920 r. i np. zwycięstwa pod Beresteczkiem.
    Przypomnijmy, że Władysław IV był Carem Rosji i postawmy wielki pomnik Batoremu. Postawmy pomnik bitwy pod Monte Cassino, gen. Maczka i przypomnijmy, że najwięcej samolotów w Bitwie o Anglię strącił polski dywizjon.
    Gdzie to wszystko do k… nędzy jest ???!!! Kręcimy filmy o Katyniu, Westerplatte, gen.Nilu i innych przypadkach, kiedy sromotnie dostawaliśmy w d… i byliśmy mordowani. O Polakach na Kremlu robią filmy Rosjanie – a o Dywizjonie 303 piszą książki Amerykanie. To skandal.
    Jeśli zrobimy święto narodowe w rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego – to Stalin, Hitler, Katarzyna Wielka, Konstanty, Suworow i Bismarck będą zacierać ręce zza grobu. Zróbmy je wtedy, kiedy nam się udało Niemcom i Rosjanom złoić skórę.

     

    [AD] Ciągle pielęgnuje Pan wizję historii jako serii rozgrywek ligowych. Trudno mi z tym dalej polemizować.Wyrażę tylko zdziwienie, że chcąc zrobić na złość leżącym w grobach tyranom powiela Pan hasła ich propagandy. Oni może „zacierają ręce” gdyż zgadza się Pan w stu procentach z tym, co głosiła sowiecka Radiostacja im. T. Kościuszki: „Krew patriotów polskich spada na głowy Sosnkowskich, Borów i ich popleczników”.  Paolo, nie tędy droga. Decyzje można sobie różnie klasyfikować: dobre i złe, słuszne i niesłuszne, spóźnione i przedwczesne – ale z perspektywy historycznej należy przede wszystkim sprawdzać czy były owocne, jaki jest ich bilans w dłuższej perspektywie. Nie jest ważne kto w jakimś momencie komuś złoił skórę, tylko jakie wartości budowało nasze społeczeństwo i jakich wartości broniło nasze państwo. Wśród wydarzeń o tym świadczących są nie tylko bitwy, a wśród bitew nie tylko te „wygrane”.

  2. Doszedł wątek religijny, osobno przedyskutowany.
    ***
    Mnie samego zaskoczyła ta analogia między Historią Zbawienia a nauką historii. Ciekawa przez to, że podstawa obydwu nie jest teologiczna ani religijna, ale etyczna: „są wartości, które bardzo dużo kosztują”. Z tych kosztownych wartości składają swoje skarbce aksjologiczne społeczeństwa i wspólnoty religijne.

    Nawet  kiedy jeszcze  (do XI wieku) trwała wczesnośredniowieczna jedność sakralno-polityczna, i nawet  tam gdzie trwał cezaropapizm, były różnice między skarbcem politycznym a religijnym, choć znacząco się ich zawartości przecinały.

    Dodam na marginesie, że niepodległość, o której tu pisaliśmy, była w pewnym sensie przyczyną rozbicia jedności sakralno-politycznej, kiedy Kościół zażądał suwerenności od cesarza i ją po długich sporach a nawet wojnach uzyskał, nie na zawsze zresztą.

     Wróćmy jednak do historii, o której powiedziałem, że sens wydarzenia historycznego nie tkwi w liczbach, ale w wartościach, jakie wchodziły w grę. Mogą one mieć charakter czysto świecki albo czysto religijny. Że orzekanie o tych atrybutach nie zawsze jest bezsporne,  widać na przykładzie wypraw krzyżowych.  

    Motywacje czysto religijne, typowe dla dawniejszych wydarzeń historycznych, można układać w zgodzie ze sposobami obecności sacrum w świecie człowieka.  Proces redukcji szedł w parze (był drugą stroną medalu), procesu spirytualizacji sacrum, przechodzenia do sfery istnienia duchowego.

    Schematycznie to układa się w trójstopniowy system: od starotestamentowej stałej niemal obecności Boga towarzyszącego na co dzień swojemu ludowi wybranemu (obecność misteryjna), poprzez okazjonalne interwencje w postaci cudów – opowiadają o nich tysięczne egzempla i legendy hagiograficzne. Jest to mirakularna obecność Boga, do której odwołujemy się zawsze mówiąc o objawieniach (np. Fatima) i niezwykłych zrządzeniach („Cud nad Wisłą”). Mamy wreszcie trzeci typ, w którym sacrum jest już wyłącznie i całkiem duchowe, a człowiek może się z nim kontaktować jedynie przez sakramenty (katolicki sakramentalizm, w zredukowanej postaci w niektórych odłamach protestantyzmu, trisacramentales, bisacramentales), lub tylko w modlitwie (radykalne prostestantyzmy).

    Ten trzeci typ kontaktów człowieka z sacrum nazywam religijnością moralitetową. Postępowanie zgodne z religią oznacza tu stosowanie się do katechizmu i prowadzenie życia sakramentalnego.

    Bóg nie karci tu przy każdej wpadce, nie podsypuje manny w potrzebie, nie zdradza swoich planów prorokom ani nie gromi królów jak w Starym Testamencie.

    Jego podopieczni nie są doraźnie karceni gromem z jasnego nieba, nie są wspomagani jak trzy córki biedaka, doposażone sakiewkami złota przez św. Mikołaja, ani też ratowane w opresji, jak ów grzeszny ale pobożny malarz, który trudząc się nad freskiem w kościele potknął się na wysokim rusztowaniu i już spadał, ale Maryja wysunęła rękę z malowidła i go w porę złapała.  Dziesiątki tysięcy takich miraculów zapisała literatura średniowieczna.

    Wzorzec religijności moralitetowej dobrze się nadaje do przedstawienia analogii między Historią Zbawienia a nauką historii. W ocenie życia  indywidualnego liczy się obrachunek moralny, to czego się człowiek dorobił samodzielnie żyjąc według sakramentalnych reguł. Nieco podobnie, istotą pisania historii, historycznej interpretacji wydarzeń jest stwierdzanie różnicy między stanem początkowym a końcowym. [Idę tu za teorią historii wyłożoną w: K. Stierle, Doświadczenie i forma narracyjna. Uwagi na temat ich związku w fikcji i historiografii [w:] Opowiadanie historii w niemieckiej refleksji teoretycznohistorycznej i literaturoznawczej od oświecenia do współczesności, wybór, przekład i opracowanie Jerzy Kałążny, Wyd. Poznańskie: Poznań 2003, s. 363-393; tu. s. 370.]

    Może być ona najróżniejszej natury. To, na co zwracamy uwagę, odzwierciedla jednak tylko nasze nastawienie, nie jest nieodłączną cechą opisywanych zdarzeń.

    Polemizuję tu obok z Paolem na temat doboru czynników, jakie wprowadzamy do sumy wartości, obliczanej dla jakiegoś odcinka dziejów. Czy są to liczby zabitych wrogów i pozyskanych łupów? Czy wartości istotne dla trwania i rozwoju społeczności? Jaka jest różnica w stanie społeczności na początku i na końcu jakiegoś dłuższego okresu? Co się udało przechować w aksjologicznym skarbcu, co z niego znikło – zrabowane, wykradzione, zaniedbane, wyrzucone, i czy na tym miejscu pojawiło się coś lepszego, czy pozostało ono puste? 

     ***

    Zacznę od końca, bo to najbliżej głównego tematu.

     

    [FYM]Męczeństwo naszych rodaków skutkuje krwią, która woła do następnych pokoleń.
    Na ile to wołanie krwi, na ile to męczeństwo jest w stanie nas dzisiaj, jako polską zbiorowość, kształtować tak, byśmy zasługiwali na miano kontynuatorów polskiej kultury, na miano ludzi dziedziczących pewien wkład naszych przodków.[FYM]

    Jestem za całkiem trzeźwym podejściem do tego „wołania krwi”. Nie ma powodu, aby nie móc go potraktować całkiem racjonalnie – nie jak relikwii, ale jako informacji: „za taką to a taką wartość – np. niepodległość – my, wasi ojcowie – płaciliśmy taką a taką cenę”. Bez szantażu moralnego „skoro zginęliśmy to musicie być wierni naszemu dziedzictwu”.

    Będziemy wystarczająco lojalni i uczciwi (w porządku) wobec Ojców mówiąc: wiemy co było dla Was najwyższą wartością, za którą oddawaliście życie. I my te wartości podzielamy.

    ———————

    Chodzi mi raczej o pewien transcendentalny (przenikający całą ludzką naturę) i eschatologiczny (zbawienny) wymiar męczeństwa, który faktycznie rozsadza kategorie typu „kto co ugrał, gdy doszło do takiego a takiego wydarzenia historycznego”.

    (Zapożyczę tytuł, choć nie czytałem tekstu) „Co to znaczy zbawić” w odniesieniu do historii narodowej? To może znaczyć: zachować tożsamość, nie zatracić jej wbrew zagrożeniom i kosztem wielkich wysiłków. Tylko w ich kontekście można mówić o jakimś „zbawczym” wymiarze męczeństwa (nie wiem czy należy to odróżniać od martyrologii). W przeciwnym razie jest to cierpiętnictwo pozbawione historycznego znaczenia. Analogia męczeństwa narodu z Męką Pańską istnieje i jest znacząca, pod warunkiem że tę ostatnią się prawidłowo rozumie. Męka Chrystusa nie była celem Wcielenia, ale drogą do Odkupienia i warunkiem odnowy Zbawienia. Podobnie martyrologia nie może być samoistnym (stawianym sobie lub wręcz komuś) celem mającym swoją wagą i wymową coś więcej wypracować, jakąś zasługę, czy spłacić jakieś moralne długi.

    Nie jest nawet trafny tradycyjny obraz Odkupienia jako okupu dla Szatana, który zgłaszał prawa do człowieka po jego upadku (Proces Beliala).

    Odkupienie należy rozumieć jako przywrócenie równowagi wartości w ludzkiej kondycji (a mówiąc religijnie: w relacjach człowieka z Bogiem). W historii sztuki i literatury rozważa ten dylemat motyw mistycznej Rozprawy w niebie (Consilium trinitatis), którego literacką odmianą jest temat Czterech Cór Boga (zob. następny odcinek).

     

    [FYM]Czy faktycznie bowiem tym ostatecznym podłożem jest kwestia niezwykle cennych wartości? Mnie się wydaje, że chodzi o niezwykle cenną więź, jaką ukonstytuował akt Stworzenia, czyli powołania rodzaju ludzkiego do istnienia (no i innych bytów, rzecz jasna) – więź między człowiekiem a Bogiem. () Zbawienie wszak nie dokonuje się w przestrzeni wartości, lecz przede wszystkim w realnej przestrzeni tego otaczającego nas realnego świata[FYM]

    Tak było na początku tej historii; mogła się ona łatwo skończyć bezproblemową i powszechną słodką apokatastazą, gdyby nie ów pamiętny Lapsus (grzech pierworodny). Dopiero on uczynił z dalszej historii ludzi Historię Zbawienia, jakże dramatyczną, ba, ciernistą.

    To on spowodował, że zakłócony został spokojny bieg dziejów tego wyjątkowego spośród wszelkiego stworzenia, które swoim aktem nieposłuszeństwa przeniosło całą rzecz z realnej przestrzeni realnego świata właśnie do przestrzeni wartości. 

    Odtąd już zawsze taki będzie świat człowieka: będzie to ciągła psychomachia i psychostazja: walka cnót z przywarami – walka wewnętrzna przecież, toczona w każdej duszy – i „ważenie dusz”, czyli określanie ich bilansów moralnych. Tylko bezskuteczne podważanie wartości przez ich przeciwieństwa dostarcza probierza, że są (jeszcze) wartościami. Tylko odważnikami cnót można na wadze Michała Archanioła przeważyć szalę dobra.

    No a gdzie tu owa pierwotna „więź między człowiekiem a Bogiem” i jak się ona przekłada na mowę wartości?

    Żeby nie wymyślać po raz kolejny czegoś, co bardzo dobrze dawno temu i wielokrotnie napisano, chciałbym przytoczyć pewną historię powstałą ponad 8 wieków temu, w wersji przepisanej w kodeksie gnieźnieńskiej biblioteki katedralnej.

    Ponieważ to dość długi, około stuzdaniowy tekst, więc może trzeba by go jakoś osobno opublikować.

     

    Pan i sługa

     

    Pewien ojciec miał cztery córki

    z których pierwsza nazywała się Litość, druga Prawda, trzecia Sprawiedliwość, czwarta Zgoda

    Miał też ów pan syna najroztropniejszego

    I miał też sługę, którego wywyższył, wyróżnił, i wielce uhonorował

    Jako że ukształtował go na swój obraz i podobieństwo

    I dał zalecenie i proste nakazy, mówiąc mu

    Jeśli dotrzymasz tej umowy, dostąpisz większej chwały.

    Jeśli ją złamiesz, umrzesz straszną śmiercią

     

    Rychło przekroczył prawo. Przed Panem rzecz się nie ukryła, zapytał o przyczynę.

    Ale sługa całą winę zrzucił na pana.

    Pan, obrażony – nie złamaniem prawa, ale zniewagą – przywołał czterech dręczycieli

    Jednemu rozkazując, aby sprawcy związał ręce i nogi i wtrącił go do lochu

    drugiemu aby żywcem obdzierał go ze skóry, trzeciemu by go dusił, czwartemu by go zżerał

     

    DRĘCZYCIELE PRZYSTĄPILI DO ZADAWANIA WSZYSTKICH KAR PEŁZAJĄCEMU NĘDZNIKOWI.

     

    JĘK MĘCZONEGO SŁUGI USŁYSZAŁA JEDNA Z CÓREK, MIANOWICIE LITOŚĆ

    SZYBKIM KROKIEM POBIEGŁA DO WIĘZIENIA

    I ZAGLĄDAJĄC DO ŚRODKA ZOBACZYŁA UWIĘZIONEGO SŁUGĘ

    I NIE MOGŁA SIĘ NIE ZMIŁOWAĆ, GDYŻ ISTOTĄ MIŁOSIERDZIA JEST ZMIŁOWANIE.

    Z ROZDARTĄ SZATĄ I Z KLASKIEM SKŁADAJĄC RĘCE,

    ROZPUŚCIWSZY WŁOSY NA BARKI, Z LAMENTEM POBIEGŁA DO OJCA

    I PADŁSZY NA KOLANA U JEGO STÓP

    JĘŁA ŻAŁOSNYM I BŁAGALNYM GŁOSEM MÓWIĆ

     

    Ach, Ojcze najmilszy! Czy ja, Litość, jestem jeszcze twoją córką?

    Czyż nie nazywasz siebie miłosiernym?

    Gdybyś był miłosierny, zmiłowałbyś się nad swym sługą.

    Jeśli się nad nim nie zlitujesz, nie będziesz miłosierny.

    A gdy nie będziesz miłosierny, ja Litość córką twą nie będę.

     

    GDY ONA TAK PRZEKONYWAŁA OJCA,

    NADESZŁA JEJ SIOSTRA PRAWDA

    I ZAPYTAŁA OJCA

    dlaczego Litość płacze

     

    A NA TO OJCIEC

    Ta oto twoja siostra Litość chce, abym się zmiłował nad tym, którego ukarałem, – kogo wydałem śmierci.

     

    WÓWCZAS PRAWDA WIELCE GNIEWNYM TONEM

    ZŁYM OKIEM PATRZĄC NA OJCA TAK ZACZYNA

    Czyż ja Prawda jestem jeszcze twoją córką?

    Czyż nie zwą ciebie prawdę miłującym?

    Gdybyś miłował prawdę, strzegłbyś jej.

    A jeśli jej nie strzeżesz, nie będziesz jej miłował.

    Jeśli nie będziesz prawdy kochał, ja Prawda córką twą nie będę.

     

    SPORY TE USŁYSZAŁA TRZECIA SIOSTRA – SPRAWIEDLIWOŚĆ

    I POBUDZONA OKRZYKAMI JĘŁA PYTAĆ PRAWDĘ O PRZYCZYNĘ ZWADY

    PRAWDA MOGŁA POWIEDZIEĆ TYLKO PRAWDĘ, I TAK RZEKŁA

    Oto ta nasza siostra Litość chce, by ojciec nasz

    zlitował się nad tym przestępcą pełnym pychy,

    choć skazał go na ból i oddał śmierci.

     

    NATYCHMIAST SPRAWIEDLIWOŚĆ ZDJĘTA NAGŁYM BÓLEM W ROZOGNIONYM SERCU

    TAK POWIEDZIAŁA OJCU:

    Czyż ja Sprawiedliwość jestem jeszcze twoją córką?

    Czyż nie zwą ciebie sprawiedliwym?

    Gdybyś był sprawiedliwy, sprawcy wymierzyłbyś sprawiedliwość.

    Jeśli nie czynisz zadość sprawiedliwości, nie jesteś sprawiedliwy.

    Jeśli nie będziesz sprawiedliwy, ja Sprawiedliwość nie będę twoją córką.

     

    OTO Z TEJ STRONY SPRAWIEDLIWOŚĆ Z PRAWDĄ, A Z TAMTEJ – SAMA LITOŚĆ.

    NA ZIEMI PANNA ZGODA ZOBACZYŁA SIOSTRY PO WALCE.

    OSTATNIA GWIAŹDZISTA NIEBIANKA PORZUCIŁA ZIEMSKIE REGIONY I UCIEKŁA JAK NAJDALEJ.

    GDZIE BOWIEM SPÓR I NIEZGODA, TAM NIE MA POKOJU.

    OJCIEC, GDY ZNIKŁA ZGODA A TRZY CÓRKI POGRĄŻYŁY SIĘ W GŁĘBOKIEJ NIEZGODZIE,

    ZASTANAWIAŁ SIĘ, KTÓREJ ZE STRON NAJBEZPIECZNIEJ BYŁOBY USTĄPIĆ? CO CZYNIĆ?

    JEŚLI BOWIEM USTĄPI LITOŚCI – OBRAZI PRAWDĘ I SPRAWIEDLIWOŚĆ.

    JEŚLI OBSTAWAĆ BĘDZIE PRZY PRAWDZIE I SPRAWIEDLIWOŚCI – STRACI CÓRKI ZGODĘ I LITOŚĆ.

    A PONIEWAŻ KONIECZNIE MUSIAŁ BYĆ MIŁOSIERNY I MIŁUJĄCY POKÓJ I PRAWDĘ, I SPRAWIEDLIWY – NALEŻAŁO SIĘ KOGOŚ PORADZIĆ.

    PRZYWOŁAŁ SWEGO SYNA NAJROZTROPNIEJSZEGO I RADZIŁ SIĘ GO W MATERII TEGO SPORU.

     

    SYN MU POWIEDZIAŁ:

    Powierz mnie, Ojcze, rozstrzygnięcie tego sporu. A ja ci spłacę należne zadośćuczynienie, i zwrócę tobie cztery córki, zaprowadzając zgodę.

    NA CO OJCIEC:

    Wielkie zaprawdę rzeczy obiecujesz, jeśli za mową pójdą czyny.

    Jeśli czynami zrównoważysz słowa – czyń coś obwieścił.

     

    SYN KRÓLA WZIĄWSZY BERŁO UDAŁ SIĘ ZE SWĄ SIOSTRĄ LITOŚCIĄ W DROGĘ

    I SKACZĄC PO GÓRACH, PRZESKAKUJĄC PAGÓRKI DOTARŁ DO WIĘZIENIA

    ZAGLĄDAJĄC DO OKIEN I PATRZĄC PRZEZ KRATY ZOBACZYŁ SŁUGĘ UWIĘZIONEGO

    ODARTEGO ZE SKÓRY – BO OD STÓP DO GŁÓW NIC NA NIM ZDROWE NIE BYŁO

    WIDZIAŁ GO W DYBACH – BO PRZEZ NIEGO ŚMIERĆ NA ŚWIAT ZESTĄPIŁA

    WIDZIAŁ POŻERANEGO – BO PRZEZ TO CZŁOWIEK PO ŚMIERCI JEST POKARMEM ROBAKÓW

    WIDZĄC WIĘC SWEGO SŁUGĘ UWIĘZIONEGO PRZEZ CZTERECH DRĘCZYCIELI

    NIE MÓGŁ SIĘ NIE ZLITOWAĆ, GDYŻ MIAŁ ZA TOWARZYSZKĘ LITOŚĆ

    I WSKOCZYŁ DO WIĘZIENIA

    WŁASNĄ ŚMIERCIĄ POKONAŁ ŚMIERĆ

    I Z ŁUPEM BOGATYM WSTĄPIŁ NA WYSOKOŚCI

    SŁUGĘ ZAŚ POPROWADZIŁ DO OJCZYZNY DAJĄC MU SUKNIĘ NIEŚMIERTELNOŚCI

     

    TO WIDZĄC LITOŚĆ ODTĄD NIE MOGŁA SIĘ USKARŻAĆ, GDYŻ WIDZIAŁA SŁUGĘ

    SPROWADZONEGO DO OJCZYZNY, ODZIANEGO W SUKNIĘ NIEŚMIERTELNOŚCI

    PRAWDA NIE ZNALAZŁA POWODU DO OSKARŻEŃ, SKORO OJCIEC OKAZAŁ SWE UMIŁOWANIE PRAWDY

    A SŁUGA JUŻ ODBYŁ WSZYSTKIE KARY

    PODOBNIE SPRAWIEDLIWOŚĆ NICZEGO NIE ŻĄDAŁA, GDYŻ SPRAWCY WYMIERZONO SPRAWIEDLIWOŚĆ

    PRZEZ TEGO, KTÓRY UMARŁ ALE ZMARTWYCHWSTAŁ, ZGINĄŁ LECZ SIĘ ODNALAZŁ

    ZGODA ZAŚ WIDZĄC, ŻE JEJ SIOSTRY NIE MAJĄ ŻADNYCH SKARG I PRAWO KAŻDEJ ZACHOWANO

    WRÓCIŁA, WIĘZAMI SWYMI JE ZWIĄZAŁA I JE USPOKOIŁA

    GDY USTAJE BOWIEM SPÓR I WROGOŚĆ – WRACA ZGODA

     

    TAK OTO LITOŚĆ Z PRAWDĄ SIĘ OBJĘŁY

    SPRAWIEDLIWOŚĆ I ZGODA UCAŁOWAŁY

     

    Tekst z łac. kodeksu 102 Biblioteki Katedralnej w Gnieźnie, ok. 1200 r. –

     

    ***

    Paolo domaga się z męczącą uporczywością odpowiedzi na pytanie o naszą decyzję, jaką podjęlibyśmy  „na miejscu Bora, ale z naszą dzisiejszą wiedzą”.

    I dumnie oświadcza, że oczywiście decyzji o powstaniu by nie podjął.

    A skąd właściwie Paolo wie, że byłoby to lepsze rozwiązanie? Skąd ta pewność, że pozytywnych następstw braku powstania byłoby więcej?

    Gdzie się zrealizowała taka lepsza alternatywna historia? Ona jest tylko życzeniową projekcją, w której odjęte są cierpienia o jakich wiemy.

    Z wyżyn swojej niewiedzy o historycznej alternatywie łatwo mędrkować i sobie przesuwać pionki po mapie. Nie znając alternatywy posługuje się Pan scenariuszem: „wszystko byle nie to”. Jest to bezwartościowe poznawczo stanowisko, w dodatku moralnie obciążone bliskością do propagandy Radiostacji im. T. Kościuszki: „Krew patriotów polskich spada na głowy Sosnkowskich, Borów i ich popleczników”. Łatwo prześliznął się Pan nad tymi słowami. Nie słuchał Pan tej rozgłośni, ale powtarza Pan jej hasła. A Pańskie zastrzeżenia, że Pan nie ocenia ludzi tylko  ich decyzje, to przejaw niemałej pychy, a kiedy mówimy o ludziach ryzykujących własnymi decyzjami także swoje życie – to jednak jest brak szacunku, empatii, podszyty niczym nieuzasadnioną wyższością.

     Pomijam przy tym czysto praktyczne aspekty sprawy. Jak słusznie pisała Biedronka – rzecz nie sprowadzała się tylko do decyzji jednego dowódcy. Skoro sobie konfabulujemy o tej lepszej historii, to proponuję najbardziej prawdopodobny wariant: generał Paolo po odmowie ogłoszenia Powstania dostaje kulkę w łeb jako zdrajca, a Powstanie zaczyna się jak planowano pod innym przywództwem, które uważa, że trzeba się raczej bić niż iść grzecznie  kopać rowy; zamiast wzmacniać niemiecką obronę woleli „walczyć z Niemcami mając nadzieję, że ich pokonają”.

     Wbrew Ewagriuszowi  uważam, że porównanie teologiczne jest tu bardzo pomocne. A ponieważ wątek religijny snujemy od początku, więc wracam, gdyż Paolo ciągle nie chce zrozumieć istoty Odkupienia, powołując się na „fakt”, że Wielki Piątek nie ma czerwonej kartki w kalendarzu. Jeśli brak Panu czerwonej kartki, to u protestantów ona jest. Całe Triduum Paschalne jest wielkim świętem kościelnym i wyjmowanie z niego Zmartwychwstania i przeciwstawianie jego wartości – pozostałym składnikom jest powierzchowne.

     Wydawało mi się że przytoczona przypowieść dobrze tłumaczy, co było zwycięstwem w Historii Zbawienia: tym zwycięstwem była decyzja Syna, aby zamiast człowieka spłacić „należne zadośćuczynienie”. Tym zadośćuczynieniem nie było cudowne zmartwychwstanie.

     Zmartwychwstanie było tylko metaforą tamtego zwycięskiego czynu, unaocznieniem jego znaczenia. Przecież fakt zmartwychwstania nie wynikł z żadnego działania Chrystusa, wydarzył się po wszystkim jako aksjologiczna suma czynu Odkupienia. A ten czyn to nie sama deklaracja, ale następująca po niej Męka. I co robi Ojciec, doskonale wiedząc czego się domaga, mając pełną wiedzę o następstwach, jak w hipotetycznym pytaniu Paola? Otóż Ojciec z zimną krwią żąda od Syna: „Jeśli czynami zrównoważysz słowa – czyń coś obwieścił.” Tak więc ofiarne zdecydowanie się na całkowicie ludzką Mękę i ukrzyżowanie były czynem zwycięskim, nie cud zmartwychwstania.

     Ta śmierć nie była żadną klęską, ale zwycięstwem.

     O to mi cały czas chodzi, kiedy chcę Paolowi wyperswadować patrzenie na historię z perspektywy patriotycznego szalikowca. Z tej perspektywy nigdy nie zdołamy ustalić istotnych i wspólnych wartości, tylko będziemy się przerzucać liczbą strzelonych goli.

     Jedni wygrali a drudzy przegrali. Jeśli MY przegraliśmy w Powstaniu, to znaczy że ONI odnieśli zwycięstwo. Dlaczego zatem Niemcy nie świętują tego zwycięstwa? Przecież miażdżąco wygrali?

    Dlaczego Kreml się nie może nadziwić, że nie chcemy świętować tego, co oni jeszcze celebrują jak 50 lat temu?

    W ocenie tego, co w historii było klęską, a co zwycięstwem decyduje, kto i o co walczył.

    Decydują wartości, nie liczby zdobytych punktów.

    To dzięki ponownemu uznaniu pewnych humanistycznych wartości Niemcy dziś się śmiertelnie wstydzą swoich wielu zwycięstw. Czy może gdyby Pan był Niemcem, to byłby Pan dumny z efektownego zdławienia zrywu „polskich bandytów”?

     Tylko na płaszczyźnie uznawanych wspólnie wartości można oceniać sensowność i słuszność czynów naszych przodków. Tylko wtedy opis tych czynów nie będzie się różnił w wykonaniu Polaka czy Niemca. Greka czy Żyda.

     

  3. I na zakończenie przypomnę jeszcze skojarzenie między wierszem Herberta a wspomnieniem uczestników Powstania.

     ***

     

    W wierszu Zbigniewa Herberta Apollo i Marsjasz dwie przeciwstawne estetyki dokonują spektakularnej bitwy z wiadomym rezultatem:

    mocno przywiązany do drzewa

    dokładnie odarty ze skóry

    Marsjasz

    krzyczy

     

    http://www.poema.art.pl/site/itm_1726_apollo_i_marsjasz.html

     

    Apollińska sztuka uznana zostaje przez sędziów konkursu za wyższą od nie dość wysublimowanej sztuki egzystencjalnej. Jednak triumfator odchodząc zniesmaczony nieziemskim wrzaskiem obdartego ze skóry konkurenta

    widzi

    że drzewo do którego przywiązany był Marsjasz

    jest siwe

     

    Empatia między przyrodą a poetą stale poezję zasilała obrazową i filozoficzną alegorezą „księgi natury”. A nawet wręcz odwrotnie – była miarą siły kunsztu poetyckiego. Kiedy lasy tańczyły, gdy Orfeusz śpiewał, świadczyły najdobitniej o wielkości jego sztuki. Może i miał nadprzyrodzoną siłę egzystencjalny „wiersz” Marsjasza, napisany drganiami jego zdartej skóry, a brzmiący jedynie głoską A – skoro przeniosły się na drzewo i wstrząsnęły nim tak że osiwiało.

     Opowiadali nam ci co przeżyli Powstanie w Warszawie, że dymy pożarów oraz pył z obracanych w perzynę murów tworzyły biały kurz, który osadzał się na wszystkim, i na drzewach. Stawały się od tego siwe.

     Nie była to empatia na miarę antycznego mitu o drzewie siwiejącym z bólu, jaki cierpiał męczony przy nim Marsjasz. Ale był to dowód współprzeżywania i swoisty utwór wiele wyrażający.

     

  4. Andrzej Borowiec „Zych”, w rozmowie z „Super Expressem”:
    W tamtych dniach młodzi ludzie z AK po prostu chcieli walczyć. Po pięciu latach chcieli się zemścić na Niemcach za to, co robili. Nie było takich dyskusji, czy Powstanie wygra czy nie. Nie mówiło się o tym, że może się nie udać. Ludzie po prostu palili się do walki.
    http://wpolityce.pl/polityka/207650-walczyl-jako-16-latek-dzis-wspomina-ludzie-z-ak-chcieli-walczyc-chcieli-sie-zemscic-na-niemcach

  5. twitter.com/pw1944/status/501810944625086466/

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s