Wspomnienie Zenony Kazańczuk

Wspomnienie ś.p. Zenony Kazańczuk

wygłoszone w kościele pw. Św. Krzyża w Warszawie 27 października 2014

????????

Kto odchodzi i kto pozostaje?

Kogo żegnamy i kogo wspieramy?

Żegnamy matkę a pocieszamy syna.

Kim była ta matka i kim jest ten syn?

Co niezwykłego jest w ich losie, co nam się każe chwilę zastanowić,

Jak szczególna to była śmierć i jak osobliwą przeszli drogę ci dwoje

Drogę, na której oboje byli sami, prawie sami

Prawie tak sami jak za chwilę, kiedy my tutaj zostaniemy a on zawiezie ją na cmentarz

Co szczególnego jest w tej śmierci? Oto długotrwała choroba śmiertelna sprawia że chory człowiek wcześniej niż zwykle się ze swą śmiercią liczy i jakoś z nią obcuje. Taki jest los chorego, ale też opiekuna.

Choroba zapominania i choroba zapomnienia.

Wszystkim nam grozi i wszystkich nas dopada, jednych wcześniej, innych później.

Nieszczęściem które się tej Matce wcześnie przydarzyło była choroba zapominania i bycia zapominaną.

Syn ją wspomagał w obu tych słabościach. Dbał o nią, gdy zapominanie odbierało jej kolejne życiowe sprawności. Prowadził do łazienki, mył, pielęgnował; gotował dla niej, karmił, uparcie poił; ubierał najstaranniej wioząc na spacer w wózku.

Ale prócz tego, co się w takich razach zwykle robi, obserwował i spisywał oznaki tego, jak słabł jej umysł, i przejmował od niej jej wspomnienia, które stawały się bezdomne, spisywał pamięć jej całego życia.

I tak jak by już dawno temu zmarła z zaniedbania, również by z sobą dziś zabrała wszystko, co kiedyś pamiętała. Syn zaś przedłużył jej swą troską życie fizyczne a biednej oniemiałej duszy użyczył swego głosu i pamięci. Napisał o tym książkę. Tak zanotował w niej pierwsze niegramatyczne zdanie wypowiedziane kiedy oglądała bukiet kwiatów: „Człowiek się kończy. MUSI BYĆ UMIERAĆ. To już przeszłość”.

MUSI BYĆ UMIERAĆ.

To przypadek, że akurat w tych zdaniach o końcu życia, o umieraniu, odchodzeniu w przeszłość zaznaczył się początek tej śmiertelnej choroby zapominania i zapomnienia.

Co może zrobić syn, gdy matka mu umiera na swe zapominanie i na zapomnienie przez innych? Może tylko przechować w swej pamięci jej wspomnienia, aby z nią nie umarły.

Ale jeśli zechce, może wiele zrobić przeciw jej zapomnieniu. Zapomnieniu, które jest ostateczną śmiercią. Książka spisana przeciw zapomnieniu nie zbawia – o łaskę zbawienia modlił się dziś ten Kościół – nie zbawi jej, nie uwieczni, ale coś z niej ocali.

 Andrzej Dąbrówka

????????????????????????????


Mariusz Kazańczuk

 

Piwonie

Dzień 6 czerwca 2008

Pamiętam z dzieciństwa jarmarczne kwiaty z różnokolorowych piórek. Kwiaty podobne do ptaków! Można je było… ustrzelić na strzelnicy. Wspomnienie to obudził dziś we mnie widok piwonii, które zakwitły tej nocy w pokoju Mamy. Rzeczywiście wyglądają jak nastroszone ptaki. Mama patrzy na nie z podziwem  i mówi: – Lubię kwiaty. Człowiek się kończy. MUSI BYĆ UMIERAĆ. To już przeszłość,  PRZESZŁOŚĆ. A to wszystko zostanie tobie!

Dzień 29 maja 2012.

Na Dzień Matki kupiłem Mamie trzy piwonie, które dopiero dzisiaj, rozwinąwszy się, pokazały całą swoją krasę. Ponieważ Mama nie zwraca na nie uwagi, wyciągam z wazonu najpiękniejszy kwiat i daję jej do powąchania. Nie wącha, ale otwiera usta jakby chciała go zjeść. Nie zaskakuje mnie to aż tak bardzo, bo podobnie się zachowuje, kiedy zbliżam do jej ust serwetkę. Nie widzi różnicy między serwetką a łyżką zupy. – Kochanie, chcesz zjeść piwonię?! – śmieję się. Śmieję przez łzy. O Boże, do czego to już doszło! Nie pozwalam Mamie zjeść piwonii, którą wkładam z powrotem do wazonu. Patrzę na wszystkie trzy zachwycony. Muszę im zrobić zdjęcie, zanim ich piórka opadną na parapet.

????????????????????????????

Informacje o Andrzej Dąbrówka

Tenured professor, Institute of Literary Research (Polish Academy of Sciences), Warsaw.
Ten wpis został opublikowany w kategorii literature, personal, Poland, Uncategorized. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

20 odpowiedzi na „Wspomnienie Zenony Kazańczuk

  1. Zdjęcia: Piotr Czyżewski (z urną) i Mariusz Kazańczuk (pozostałe).

  2. „Coś z niej ocali”…
    Piwonie – cudne, one też zostaną, pełne płatków – i wzruszeń.
    Takie wyjście z zapomnienia – mniej pozostawia bólu, czy więcej – nie wiem.
    Poznałam Ją u progu zapomnienia – później gładziła moją rękę, więc pamiętała – jednak. To pamiętam. Tak pamiętam. I uśmiech – kiedy jeszcze tliła się pamięć – był uśmiech, taki nieśmiały, niepewny, bo z niepamięci wydobywał się na jaskrawość, zwarzony pąk czułości.

  3. Nie-na-temat pisze:

    Dobrze, że mamy takie święta jak te wokół pierwszego listopada.
    Pamięć ma większą siłę, niż to się mogłoby komuś wydawać.

  4. Teatr Kropka Jolanty Juszkiewicz
    zaprasza na monodram Matka wg S. I. Witkiewicza
    Przedstawienie dedykowane przez Twórczynię Mariuszowi Kazańczukowi.

    12 grudnia 2014 roku, piątek, godzina 19.00

    ZASP, Warszawa, Al. Ujazdowskie 45, I p.

    http://www.zasp.pl/aktualnosci/glowna/teatr-kropka-theatre-zaprasza-na-monodram-matka-wg-s-i-witkiewicza.html

  5. Bolesław Leśmian
    ŚMIERCIE

    Chodzą Śmiercie po słonecznej stronie,
    Trzymający się wzajem za dłonie.

    Którą z naszej wybierzesz gromady,
    By w cmentarne uprowadzić sady?

    Nie chciał pierwszej, że nazbyt miniasta,
    Grób, gdy hardy, pokrzywą porasta.

    Nie chciał drugiej, że nadmiernie złota,
    Nie zna ciszy, kto się tak migota.

    Wybrał trzecią, co choć bugulicha,
    Lecz tak cicha, że wszystko nacicha.

    Coś za jedna, że podobasz mi się
    W swym bożystym na ziemi zarysie?

    Żal mi, przeżal ptaka, co odlata,
    Dla cię umrę z nieżalu do świata.

    Blada jesteś, jak to słońce w zimie –
    Kędy dom twój i jak ci na imię?

    Dom mój stoi na ziemi uboczu,
    A na imię nic nie mam, prócz oczu.

    Nic w tych oczach nie mam, prócz wieczoru,
    Pewna byłam twojego wyboru.

    Jeden zowąd śmierć sobie wybiera,
    Ale drugi tą śmiercią umiera.

    Choć wybrałeś, nie wiedząc dla kogo,
    Zawszeć będę pamiętną i drogą.

    Jestem śmiercią twej matki, co w chacie
    Uśmiechnięta czeka teraz na cię.

  6. Mariusz Kazańczuk pisze:

    Moja mama była osobą refleksyjną i miała zwyczaj zapisywania na luźnych kartkach złotych myśli – cudzych i własnych. Przestała filozofować, kiedy choroba odebrała jej zdolność najpierw pisania, potem czytania, a na końcu mówienia i rozumienia mowy. Kiedy krzątając się wokół milczącej matki, znajdowałem czasem kartki z jej maksymami, czułem, że przemawia ona do mnie głosem przeszłości. „Nikt nie może ci dać szczęścia i nikt nie może ci go zabrać”. Więc tak o tym myślała! Wczoraj, porządkując pamiątki po niej, znalazłem różową kartkę ze świeżym jeszcze klejem. „Jeśli chcesz zapalić innych, sam musisz zapłonąć”. Odczytałem na głos te słowa, raz i drugi, i pomyślałem o Andrzeju. Dlaczego? Bo w nim właśnie płonie ten ogień, który zapala innych.

    • Gdybym już nie płonął, to bym się zarumienił …
      A mówiąc bardziej serio, przypomnę mądrość z objaśnień symboliki liturgicznej, gdzie tłumaczono, dlaczego duchowe dary mogą być niewyczerpalne: Czyż płomieniowi ubywa czegokolwiek, jeśli zapalimy od niego wiele świec? Albo czy światło staje się słabsze, gdy oświetla więcej rzeczy?

  7. Mam nadzieję, że Mariusz opisze to zdjęcie trzech sióstr:

  8. Mariusz Kazańczuk pisze:

    Trzy siostry: Marysia, Kazia i Tola. Tak się zawsze do siebie zwracały. Warszawa 1937. Co to za ulica? Trudno powiedzieć. W tym czasie krążyli po mieście uliczni fotografowie, którzy proponowali swoje usługi przypadkowym przechodniom. Pstryk, pstryk… Robione przez nich zdjęcia zwano popularnie ULICÓWKAMI. Dzień musiał być ciepły, bo córka Toli, idąca między ciotkami, ma rozpięty płaszczyk, a na nogach tylko skarpetki i letnie pantofelki. W prawej ręce, którą podała cioci Marysi, trzyma białą, miniaturową torebkę. Mała elegantka! Przykład szedł z góry, bo jej matka słynęła z elegancji. Wychodząc z domu, choćby w największy upał, musiała mieć na nogach pończochy, a na głowie kapelusz. Ileż to nasłuchałem się w dzieciństwie o tych jej przedwojennych kapeluszach! I o sukniach wieczorowych z głębokimi dekoltami. Szkoda, że nikt nie sfotografował mojej babki, jak tańczyła tango na parkiecie obrotowym „Adrii”. To zdjęcie nie jest zbyt ostre, gdyż stanowi nie najlepszą kopię zaginionego oryginału. Od lewej: Marianna (1914-1988), Zenona (1929-2014), Kazimiera (1905-1973), Teofila (1907-1996). Ciekawe dokąd one idą.

  9. Gerrit Achterberg
    przełożył Andrzej Dąbrówka

    Tableau mourant

    Stoję z tobą na scenie.
    Trwamy nieporuszenie,
    bo jedno z nas nie żyje
    i drugie wielkim czyni.

    Teatralną kurtyną
    zorza wiecznej czerwieni.

    Słońce jeszcze się ścieli.
    Drzewa rosną jak cienie.
    Jakżebyśmy zmaleli
    przez jedno poruszenie.

    (1946)

  10. Justyna Sadowska (Bartoszek pisze:

    Panie Mariuszu, czy ma Pan więcej zdjęć rodzeństwa mamy? Jestem prawnuczką jednego z braci Pana mamy- Józefa i bardzo interesuje mnie historia naszej rodziny. Pozdrawiam serdecznie.

    • Mariusz Kazańczuk pisze:

      Józef Bartoszek (syn Sylwestra i Bolesławy z Wróblewskich) był bratem mojej babci, Teofili (1907-1996). Wspaniały album ze zdjęciami rodziny Bartoszków jest (w każdym razie powinien być) w posiadaniu Pani ojca (?), Marka Bartoszka, syna Eugeniusza i Julii. Oglądałem ten album w lipcu 1999 roku, kiedy gościłem, już po raz ostatni, u wdowy po Józefie, niezapomnianej cioci Marysi (Marianny z Tęczów).
      Dwaj bracia Józefa, Franciszek i Marian, byli uczestnikami Powstania Warszawskiego.
      http://www.1944.pl/powstancze-biogramy/franciszek-bartoszek,2264.html
      http://www.1944.pl/powstancze-biogramy/marian-bartoszek,2265.html
      Serdecznie pozdrawiam
      Mariusz Kazańczuk

      • Justyna Bartoszek pisze:

        Bardzo dziękuję za odpowiedź , tak to prawda, moj tata posiada ten album. Jesli Pan sobie życzy , przy nablizszej okazji skopiuję dla Pana zdjęcia, na których widnieją Pana babcia i być może mama. Pozdrawiam, Justyna Sadowska (Bartoszek)

  11. Mariusz Kazańczuk pisze:

    A ja skopiuję dla Pani fotografie, których nie ma w kaliskim albumie. Tylko które to są? Powinniśmy skonfrontować nasze kolekcje i nawiązać ze sobą kontakt. Proponuję, by przekazała Pani Profesorowi swój numer telefonu w trybie odpowiedzi na ten wpis. Numer będzie mi przekazany, ale nie zostanie ujawniony na blogu. Serdecznie pozdrawiam. Mariusz Kazańczuk

  12. Mariusz Kazańczuk pisze:

    Dopiero teraz, w niespełna dwa lata po śmierci Matki, wziąłem się za porządkowanie jej starej komody. Ma ona cztery szuflady, z których każda, jeśli ją otworzyć, przemawia głosem przeszłości. Grzebanie w nich można śmiało porównać do pracy archeologa, tyle że, w tym przypadku, najdawniejsze znaleziska liczą sobie najwyżej kilkadziesiąt lat. Jednak w skali życia jednostkowego to nie jest mało.
    Już w pierwszej szufladzie natykam się na plik kart pocztowych z lat czterdziestych i pięćdziesiątych. Najstarsza, przedstawiająca katedrę w Lubece, nosi datę: 7 V 1946. Poznaję pismo Mamy… Kartka, którą zaczęła pisać w dniu powrotu z niewoli niemieckiej, nigdy nie została dokończona, ani wysłana. Lecz wygląda na to, że po 70 latach znalazła wreszcie swojego adresata!

    „Podróż z Lubeki do Szczecina była okropna. Spanie miałyśmy w czymś, co przypominało klatki”.

    Podróż pociągiem? Nie, raczej statkiem. Co było dalej? Choć ona tego nie pisze, wiem, że w Szczecinie otrzymała przepustkę z numerem 655784, dającą jej prawo bezpłatnego przejazdu do Warszawy – „wszelkimi środkami lokomocji”. Nie było wtedy łatwo dojechać do stolicy…
    …ale się tam jakoś dostaje. Idzie piechotą na Mokotów. Jest jej gorąco, bo ma na sobie amerykański szynel wojskowy z demobilu, gruby jak koc. Ugina się pod ciężarem plecaka z konserwami, też amerykańskimi. Zanim z ulicy Madalińskiego skręci w ulicę Lewicką, gdzie mieszka ciotka Kazia, spotyka kolegę z Powstania.
    – Niepotrzebnie wróciłaś! Trzeba było zostać!
    Kartkę z Lubeki przykrywam pocztówką ze Schwarzwaldu, na której widnieje pierwszy, powojenny adres mojej Matki: ul. Lewicka 10 m. 10 Warszawa.

    „Freiburg 15 VI 1948. Droga Zeniu! – pisze do niej jakiś Alek – wczoraj wysłałem Ci kartkę z próbką tutejszej sztuki, dziś wysyłam z wycinkiem tutejszego krajobrazu. U nas, jak wszędzie, świat piękny, tylko ludzie podli”.

    Następują po tym dwa zdania o upalnej pogodzie i dopisek:

    „Ukłony dla znajomych z Brunszwiku, jeżeli takowych spotykasz”.

    Z Freiburga przenoszę się błyskawicznie do Sopotu, dokąd przyjechał właśnie Zygmunt Sypniewski, nadawca kolejnej pocztówki. Jest właścicielem sklepu chemiczno-perfumeryjnego w Warszawie, więc nawet na urlopie myśli o interesach i z oddali wydaje dyspozycje pracownikom.

    „Sopot 19 VIII 1948. Panno Zeniu! Tak mnie przynaglałyście, że zapomniałem o wielu rzeczach. Przede wszystkim trzeba dostarczyć ¼ kg. barwnika czekoladowego do firmy Haberbusch i Schiele, do rąk pana Woźnickiego na ulicę Ceglaną 4 z rachunkiem na 1250 zł i to jak najprędzej”.

    Mały skrawek papieru zmieścił jeszcze uwagę dotyczącą przebiegu podróży, która była wspaniała, i porannej mgły, tak gęstej, że niechybnie wróży ona dobrą pogodę.

    „Serdeczne pozdrowienia! Niech Pani do mnie pisze!”

    Niech do niego pisze, bo bardzo jest ciekaw, co słychać w sklepie, jakie są obroty i czy szybko dostarczono towar na ulicę Ceglaną. Kiedy przychodzi do zaadresowania kartki, uświadamia sobie, że nie wie dokładnie, gdzie mieszka panna Jeżykówna. Z pewnością przy Lewickiej. Ale pod którym numerem? Wysyła więc kartkę na swój własny adres: ul. Szustra 33 m. 3 Warszawa 12, gdzie Zenia bywa prawie codziennie.
    – Będzie się pani u nas stołować – usłyszała kiedyś od Barbary Sypniewskiej.
    – Zasiadało się do pięknie nakrytego stołu, na którym służąca stawiała wazę z zupą – przypominam sobie słowa Mamy, która niekiedy wspominała tamte obiady.
    Po obiedzie całe towarzystwo przechodzi do salonu, który rzeczywiście wygląda jak salon: zdobi go duża palma, a w rogu stoi czarny fortepian. Częstym gościem jest tutaj Władysław Kiełpiński, były żołnierz Armii Andersa. Ma 35 lat, ale patrząc na dziewiętnastoletnią ekspedientkę, czuje się niczym starzec. Nie zaleca się do niej, tylko ją adoruje. Mówi, że jest podobna do Hedy Lamarr. A potem zasiada do fortepianu i śpiewa:

    „Gdybym był młodszy, dziewczyno…”

    Póki była w stanie, pamiętała jego fiołkowe oczy, które na nią tak czule patrzyły. Dziś tylko ja o nich pamiętam.
    Kartka przedstawiająca fragment portu w Gdyni, podobnie jak ta z widokiem sopockiego molo, też nie została wysłana na jej właściwy adres: Ob. Zenona Kazańczuk P.P. Pracownie Konserwacji Zabytków Warszawa ul. Senatorska nr 14 Pałac Blanka.
    Wprawdzie nie mieszkała w tym pałacu, ale codziennie do niego przychodziła jako sekretarka dyrektora. Prosił ją, by co rano przynosiła mu suchą bułkę. Może być sucha, byleby była świeża…

    „Orłowo, 27 VII 1953. Moi drodzy! – pisze dyrektor – Przesyłam Wam pozdrowienia znad morza. Pogoda nam nie bardzo dopisuje. Mam prośbę do Was. Resztę pensji prześlijcie żonie albo, jeżeli zechce, prześlijcie mnie: Orłowo nad morzem ul. Bohaterów Stalingradzkich nr 25 m.3 u Franciszka Dolnego. Dajcie adres każdemu w biurze, jeżeli do potrzeb PKZ jest mu konieczny. Pozdrowienia dla Koleżanek i Kolegów. Edmund Giebartowski.”

    Komoda, która mówi. Ale na razie niech zamilknie. Wsuwam z powrotem szufladę ze starymi pocztówkami. Jutro będę kontynuował porządki, bo dzisiaj już jestem zmęczony.

    • Lektura zawartości szuflad to przygoda pełna dwuznaczności. Dostrzegamy perełki dawnych radości, możemy je znów brać do rąk, i się przez chwilę nimi cieszyć. Ale potem…

  13. Zdjęcie na komodzie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s