RYBAK I JEGO ŻONA

Baśnie niderlandzkie, nr 76.

RYBAK I JEGO ŻONA

Był sobie raz rybak z żoną. Wygoniła ich z domu powódź. Musieli szukać innego miejsca. Jak to kiedyś bywało, uszli niedaleko. Za niedługo doszli do niedużej wyżynki. Wtenczas rybak powiedział:

– Żono, popróbujemy tutaj.

Poszli się rozejrzeć; leżałały kawałki drzewa; kiedyś musiał tam zatonąć statek. Naznajdowali tyle kawałków, że już mogli sklecić okrągłe mieszkanko, taką jakby beczkę. I tam się wprowadzili. Rybak kiedyś przeszedł się nad wodę. Powiedział do żony: – Zdaje się, że tam pełno ryb.

Była tam jeszcze łódka, taka na wiosła. To on mówi: – Do licha, powinna mi się przydać taka łódka.

I miał jeszcze osła i sieci też zabrał. Wszystko co potrzebne zabrał ze sobą.

No i osiedlili się tam. Kiedyś rano mówi:

– Wiesz ty co? – mówi on do żony. – Chyba pójdę zobaczę. – I poszedł, wypłynął, zarzucił sieć i coś tam wyciągnął. A żona powiedziała: – Jak ci poszło?

– No – odpowiedział on – całkiem nieźle, ryb do syta. Ale jutro muszę się wybrać wcześniej.

Na drugi dzień wstał z samego rana i prosto na wodę. Pogoda była aż miło! Wiosłuje kawałeczek dalej do brzegu, wyrzuca sieci; a roiło się od ryb. Naraz jak się coś nie chlapnie. On myśli: „O, to jakaś spora sztuka!”. I w sieci siedziała duża ruba. Wyciąga sieć, a tam się pokazuje takie wielgachne rybsko. I odzywa się ludzkim głosem. On myśli sobie: „Co się tu dzieje? Co ja słyszę? Żeby ryba mówiła?”

Wtenczas ryba powiedziała: – Ach, mój rybaku, dobry człowieku, proszę cię, wypuść mnie na wolność; muszę tu ochraniać wszystkie małe rybki przed drapieżnikami. Jak mnie stąd zabierzesz, to te bestie pozabijają wszystkie rybki.

– No dobrze – mówi rybak – ale jesteś taka duża, utargowałbym za ciebie dużo pieniędzy.

– Ale mnie wypuść. Żądaj, czego chcesz.

– No dobrze – mówi on – mieszkam w takiej pustej beczce; chciałbym mieć zwyczajny dom. No to idę do domu.

I rybak poszedł do domu a rybę wypuścił.

Z daleka widzi, że tam stoi ładny dom. Myśli sobie: „A to ci dopiero”. Podchodzi blisko; kobieta stoi przed domem i mówi mu:

– Panie Boże, co tu się porobiło. Mężu, mamy ładny, nowy dom.

– Widzę – mówi on – zaraz ci opowiem, jak było. Złapałem wielką rybę. Ale jakaś taka dziwna, bo umiała mówić. I chciała, żeby ją puścić, bo musi pilnować małych rybek, bo tam chyba mi się zdaje są rekiny. I mówi mi: Co sobie życzysz. No to zażyczyłem sobie, żebyśmy mieli nowy dom.

– O, mój Boziu, jak to nam się poszczęściło, jak nam się poszczęściło! – powiedziała żona.

I weszli do tego domu i napili się kawy.

Na drugi dzień rybak wypłynął znowu na wodę. I złapał pełną sieć ryb.

Niedaleko od nich był targ. To on powiedział do kobiety: – Chodź ze mną, założymy osła i zawieziemy ryby na targ.

No tak. Drugiego dnia w drogę. Ryby na wóz i wio. A kobieta nigdy nie była tak daleko i się wtem odzywa: – A co to za dom tam stoi taki ładny?

– O – mówi rybak – tam mieszka burmistrz.

– Ojoj – mówi ona – ale bym chciała mieć taki. On jest dużo ładniejszy od naszego.

– Ano jest – mówi rybak – zgadza się, ale nasz też dobry.

No dobrze. Jadą na targ. Już więcej o tym nie mówią. Sprzedają drogo ryby, dużo za to zarabiają. Wracają do domu.

Ale na wieczór i w nocy kobieta nie może się z tym pogodzić.

– Wiesz co – mówi – tamten ładny dom, co tam był, pamiętasz? Poproś jutro rano rybę, żeby nam dała też taki ładny.

– E, tam – mówi mąż – nie będę prosił.

Ale ona mówi: – Poproś, nic się nie bój.

Chłop z biedy musiał to zrobić, no nie? Z samego rana wypłynął znowu. I mówi: – Rybko w jeziorze, przyjdź tu, niebożę.

Zrobiła się duża fala i wypłynęła ryba. I pyta się go:

– I cóż chcesz, dobry człowieku?

– Oj – on mówi – aż się boję mówić, ale moja żona strasznie by chciała mieć taki duży dom jak ten, co stoi kiedy się wjeżdża do miasta. Taki duży.

– Dobrze – mówi ona – możesz iść.

Wraca do domu. Podchodzi. A tam stoi taki piękny, duży dom.

– O – mówi żona – to teraz jesteśmy urządzeni. Mamy taki piękny dom.

Ano tak – mówi on – ale ja muszę wracać, muszę jeszcze złapać trochę ryb.

I rybak znowu nałapał dużo ryb.

A na drugi dzień zrobił z łapaniem przerwę, bo znowu pojechali na targ. Żona też pojechała. A przejeżdżali koło pałacu króla, bo tego dnia targ był w innym miejscu. I kobieta mówi: – A co to za dom taki duży i piękny?

– Ano, dom – mówi mąż – król tu mieszka, to jest królewski pałac.

– Ojej – mówi ona – chciałabym mieć taki.

– E, tam – mówi mąż – to tak nie może być. Przecież wszyscy nie mogą mieć takiego ładnego domu.

Znowu sprzedali ryby drogo i wracają do domu. Ale kobieta marudzi i marudzi. Tak długo, aż mąż powiedział: – No to już pójdę do niej jutro rano.

Rano znowuż na wodę. I mówi: Rybko, rybko w jeziorze, wypłyń do mnie, niebożę. – I znowu się zrobiła duża fala, i pokazuje się ryba.

– I cóż chcesz znowu, dobry człowieku?

– Oj, moja żona bardzo by chciała mieć taki dom jak ma królowa.

– No dobrze – mówi ryba – idź do domu.

On przychodzi do domu a tam ci stoi taki strasznie wielki pałac. A ona wtenczas mówi:

– No, tośmy już się urządzili, jużeśmy się urządzili.

– A podług mnie, to nic dobrego taki dom.

– Ale jeszcze będziemy mieli służbę i w ogóle.

– Właśnie – powiedział mąż – jeszcze do tego i to.

I znowu na ryby. Znowu masę nałowił. I teraz będzie trzecie życzenie, jak mi się nie pomyliło.

Na drugi dzień znowu jadą na targ z tymi rybami. I przyjeżdżają koło bardzo dużego kościoła. Wtenczas ona aż się zadziwiła: – A co to za domisko takie niemożebnie wielkie?

– To jest dom Pana Jezusa. Nazywa się kościół.

Na to ona: – Z taką ładną wieżą na czubku. Taki dom to bym dopiero chciała mieć!

– Jeszcze czego – mówi on. – Powiem ci, że już nie mam śmiałości tego zrobić.

Ale ona nie przestała mu suszyć głowy; wieczorem tego samego i w nocy tego samego. No i chłop rano znowu poszedł nad wodę. Mówi: – Rybko, rybko w jeziorze, przyjdźże proszę, nieboże.

I znowuż wypłynęła duża ryba: I mówi: – Co tam znowu dobry człowieku.

– Oj – mówi on – moja żona chcie mieć taki dom jak Pan Jezus.

– No to idź do domu – mówi ryba.

I on poszedł do domu. A tam stała z powrotem tamta beczka.

I koniec pieśni.

Opublikowano art, books, literature, Netherlands, personal | Dodaj komentarz

Śnieg nie wie

Czyta autor

1

W nasłonecznionym miejscu

się przemienia ale najpierw

Śnieg jest gdzie jest

i nie wie sam czy siedzieć i tak trwać

2

Śnieg nie wie – padać

w objęcia tańczyć

chwytać się pnącz lecz spaść

albo się wspiąć lub wzlecieć

3

Śnieg nie wie czy

się ulotnić stąd

kulistą duszą śniegu

oddechem mrozu

4

Śnieg nie wie  jeszcze czym chce być

jak klejnot

żyć z robienia zdjęć?

28-29 stycznia 2017

Opublikowano art, fotowiersz, nature, photography, poetry, Uncategorized | Otagowano , | 1 komentarz

Trzy rozważania o pionie

Andrzej Dąbrówka

Trzy rozważania o pionie

1

Jeżeli nie ma pionu

Nie ma także ścieżek

Z tego się cieszą tylko

Ci co nie lubią bądź

Nie potrzebują ścieżek

2

Nie lubią ścieżek ptaki trzmiele i powoje

Lecz wszystkie potrzebują pionu

Gdy nie ma pionu nie ma też Latania

I wszystko by łaziło miast kunsztownie

Stąpać wspinać się nad ziemię przeskakując

Z powietrza na powietrze

3

Ścieżki nie są miejscami to są Ślady czasu

jednak i te zadepcze chaos gdy brak pionu

Pion żyje w czasie Złam czas Pion padnie

– A gdy jest pion niejedno się wyjaśnia

Wtedy upadły wie jak mógł nie upaść

I gdy go skusi ugnie splendor świata

Wie którą ścieżką wrócić ma do nieba

20 lipca 2019


Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Ikarkołomnie

Okładka tomiku „Ikarkołomnie” proj. Wyd. Aula, 2009

Spis wierszy (liczba wersów – liczba stron)

Bajka o znakach zapytania                      53                    1

Zgubiony                                              21                    1

Bardzo dziwne (fuksja)                            51                    1

Dym                                                    32                    1

 „Krajobraz zimowy z pułapką na ptaki” 57                    3

Deszcz (dłuższa historia)                         189                  7

Kiedy zaledwie jest zapachem                    45                    1

Piosenka                                               36                    1

Królestwo muzyki                                   16                    1

Koncert w galerii rzeźb                             11                    1

Pantomima dla dwóch drzew                     163                  5

Przyjadą albo nie przyjadą                       20                    1

Ta meta, ta fizyka                                  57                    2

Jak będzie wyglądała ta godzina?               65                    2

Skrzydła                                              79                    3

Andrzej Dąbrówka: szaleństwo rozbierania świata

Recenzuje Piotr Müldner-Nieckowski

Jedna z wielu teorii poetyki (być może jest to tylko moja teoria, nie wiem tego na pewno) zakłada, że poezja jest tożsama z liryką, ze śpiewem autora przy lirze, który tym sposobem wyraża samego siebie. Według niej poezją nie jest więc ani epika, ani dramat, choćby nawet miały one cechy najbardziej wierszowe – rytm, rym, głębokie zmetaforyzowanie języka – ani także utwór, którego podmiotem nie jest sam autor.

Autor może się ukrywać za jakąś maską, z której obecności czasem sobie nie zdaje sprawy, ale zgodnie z tak ujętą definicją liryki poezja jest taką samą częścią autora, jak jego własne oko, ręka, noga, myśl, cierpienie, miłość. To najbardziej intymny typ twórczości, który stanowi wzór dla oglądu wszelkich innych typów, nawet gatunkowo od poezji bardzo odległych. Nie bez przyczyny postrzegamy poezję w muzyce, rzeźbie czy obrazie, nieraz także po prostu w sposobie bycia i życia. Ba, powiada się, że można być poetą i poezjować poza językiem albo być w pełni poetą, nie napisawszy ani jednej linijki wiersza. Edward Stachura, pisząc swój zbiór poetyckich próz-felietonów Wszystko jest poezja („poezja”, nie „poezją”), opierał się na przeświadczeniu, że rzeczy (świat i duch) z założenia nie mają natury poetyckiej, ale mogą poezję w poecie ewokować. Aby tak się stało, trzeba być poetą, trzeba mieć naturę refleksyjną, a rzeczy (świat i ducha) filtrować przez siebie – przez własny rozum, swoje uczucia i emocje.

W tym sensie poetów jest niewielu, bo mało kto potrafi być sobą. Najmniej poetami są naśladownicy, którzy nie tyle naśladują innych (kradną, to jeszcze jest dopuszczalne), ile tropią i żywcem kopiują. Ich utwory bywają co prawda łatwe do zaakceptowania i nawet cieszą się popularnością, bo są „wzorcowe”, ale pozostają poza zaklętym kręgiem sztuki. O takich autorach mówimy „zręczni rzemieślnicy słowa”. Kiedy się czyta ich utwory, czuje się, że skądś już je znamy. Są raczej wyrazem wysokiej kultury pisania, metodą na zaistnienie w świadomości ogółu, niż poezją. Ogół to lubi, natomiast wobec artystów zawsze jest o małą epokę spóźniony. Musi się nauczyć nowego, żeby to nowe zacząć przyswajać. Nie dziwią reakcje szerokiej publiczności na wiersze bez rymu, rytmu, skomplikowane wewnętrznie. Publiczność mówi, że to nie wiersze, ale jakaś „skrócona proza”. Nie jest przygotowana do odbioru, nie daje sobie szansy na odnalezienie tego, co w prawdziwej poezji liryczne – autorskie, oryginalne, jedyne w świecie. Szkoda, bo ten rozdźwięk między osobnością poezjowania a oczekiwaniami czytelników bywa przyczyną pomijania naprawdę wielkich talentów poetyckich. Poeci prawdziwi, zwłaszcza dzisiaj, pozostają na marginesie, są niedoceniani, nie przechodzą do świadomości zbiorowej tak jak reżyserzy zręcznych filmów rozrywkowych, politycy czy – szczególnie – prezenterzy telewizyjni.

Do takich poetów outsiderów należy Andrzej Dąbrówka. Pisze wiersze – w sensie dosłownym – rzadko, ale pisze – chodząc z metaforą pod pachą – zawsze. Więcej możemy powiedzieć o jego znaczących dokonaniach z zakresu translatoryki (świetne przekłady z języka niderlandzkiego) i literaturoznawstwa (Słownik pisarzy niderlandzkiego obszaru kulturowego, 1999), mediewistyki (Teatr i sacrum w średniowieczu, 2001, Średniowiecze. Korzenie, 2005) czy leksykografii (pomysłodawca i współautor Słownika synonimów, 1993, Słownika antonimów, 1995, współautor Słownika stylistycznego języka polskiego, 2007). A przecież najważniejszym jego debiutem był poetycki – w miesięczniku „Twórczość” w 1976 roku. Był to debiut skromny, ale głośny, mówiło się o nim w środowisku literackim. Promotor tego zdarzenia, slawista Ziemowit Fedecki (1923-2009), mawiał, że „Dąbrówka ma zwyczaj wyciskać trwałe ślady swojej obecności, sam pozostając w ukryciu na czatach”. Coś w tym jest.

Dąbrówka jako poeta – piszący wiersze – milczał wobec publiczności przez następnych 28 lat. Dopiero w roku 2004 zdecydował się wydać tomik Coś o niczym, a w 2009 I-karkołomnie. Są to książki stanowiące w zasadzie pewną całość, uzupełniają się wzajemnie, choć wydaje się, że chronologia wydań jest myląca. To I- karkołomnie powinna była się ukazać pierwsza, a Coś o niczym jako jej dopełnienie czy nawet rozwinięcie. Być może autor ma coś jeszcze w zanadrzu i ma zamiar nas czymś jeszcze zaskoczyć, ale ostatecznie kolejność pisania wierszy dla oglądu tej twórczości nie ma większego znaczenia, liczy się konsekwencja metody poetyckiej i jej samobogacenie się.

Poeta zadaje pytania najprostsze z możliwych. Pytania, na które wszyscy znamy odpowiedź, a na które – o, paradoksie – nikt z nas zupełnie nie potrafi odpowiedzieć. Nikt z nas z wyjątkiem poety. Jest to rozbieranie świata na takiej zasadzie, na której w matematyce różniczkowanie rozbiera obiekty pozornie niedające się obliczyć. Potem można układać całki. Najpierw pada kwestia: co jest u źródła? Niczym nieznośny uczeń, który nagle podnosi rękę i woła: „A dlaczego nie wolno dzielić przez zero?”. Nauczyciel jest skonfundowany, bo już zapomniał dlaczego, a uczeń zaburza tok lekcji i swoim zachowaniem obniża autorytet szkolnej władzy.

Jak ów profesor czujemy się nieswojo, kiedy czytamy: „Czy ktoś na zimę czeka?” (Coś o niczym, Śnieg). Banał jakich mało. Odpowiadamy sobie: tak, wszyscy czekają, niektórzy nie czekają, a w ogóle – cóż to za sytuacja do roztrząsania? Jednak wizja poetycka, a pewnie i codzienne myślenie Dąbrówki, otwierają przed nami perspektywę, którą autor scałkował, przejrzawszy na wylot tajemnicę: „Tak / zlatują się i tu zimują / grajkowie z bardziej zimnych krajów / żeby w szpalerach bieli ciepło witać / stoików w przewiewnych kapeluszach / gry się powytaczają z bladej ziemi / na kształt piętrowych grzybów // Lecz tamtych gniew nie wzrusza. Każdy się ma / za Alfę i Omegę (…)”.

Czekanie na zimę nie jest tak proste jak to, co się znajduje w literze pytania. Odpowiedź składa się z następnych pytań, które wywołują kolejne. Ale tylko w ten sposób – zdaje się sugerować poeta – możemy zrozumieć, że na końcu jest jeszcze jedno pytanie. To jest właśnie owo „coś o niczym”. „Coś” to odpowiedź. „Nic” jest tym, co zlekceważyliśmy, jak ów nauczyciel zagadnięty o dzielenie przez zero.

Rozbiór świata na czynniki elementarne i z nich budowanie obrazu rzeczywistości jest podstawową metodą poetycką Dąbrówki. Czynniki te mają cechy, których nie dostrzegamy z powodu kontekstu, w których występują. Wyosobnione urastają do rangi problemów. Dopiero po dokonaniu takich zabiegów, jakże z pozoru prostych, można – uważa poeta – próbować rozumieć zjawiska i pojęcia, tak w naszej świadomości utarte i zbanalizowane. Nawet kiedy autor sięga po postmodernistyczną intertekstualność, na nowo stawia pytania świeże, dziecięce, już nie tak ponowoczesne, już oryginalne i twórcze. Ironicznie, więc z dystansem, przywołuje na przykład „niebo gwiaździste” Kanta albo motywy Herbertowskie. Czytamy: „Pan Cogito nic nie mówił o tatusiu, / chociaż zapewne o nim myślał / zgodnie ze swą naturą refleksyjną (…)” (I-Karkołomnie, Pani Cogitowa wspomina swego teścia), by zaraz w tym samym wierszu wręcz zakpić z uczonej pseudomądrości: „ Ta meta, ta fizyka” i przejść z Herbertowskiej na swoją, całkowicie własną stronę: „Trzeba się cofnąć tak daleko / aż się pokaże goła blacha nieba / jeszcze bez gwiazd”. Trzeba spojrzeć wstecz, „ gdzieś postać / postać / postać i poczekać (…)”, aby się dowiedzieć tego, co jest u zarania, u podstaw, na samym początku wiedzy, na samym początku Kosmosu.

Szczególną rolę pełni w tej poezji woda. Jest nośnikiem pojęć, ale i niesie łodzie, w których się przemieszczamy po świecie, nie wiedząc, ani co znajduje się na dnie (też woda), ani w chmurze (i tu również woda). Sądzimypo prostu, że nic nie jest tak proste i łatwe jak woda. Woda to woda, i to by mogło wystarczyć. Obmywa nas i oblepia, nie odstępuje nas nigdy, a jednak choćby jako deszcz jest równie godna przemyślenia jak wszystko inne, co o nas (lub za nas) decyduje: „ Ogólnie rzecz biorąc – [deszcz] jest niedoceniany / pomimo całej gamy swych umiejętności // A wiele rzeczy umie robić / z beztroską dla nas wręcz nieosiągalną / Obrus ułoży tak na stole żeby się nie marszczył / i żeby wiatr go nie zdmuchiwał a nawet nie zawijał (…)” (I-karkołomnie, Deszcz). Płynąc lub „kropląc się” z wodą, przenikamy struktury, które wydawały się nieprzeniknione a zarazem oczywiste: „Jak nieproszony gość zakrada się / do zakazanych komnat / wślizguje, wnika, wskroś przesiąka / Ale czy ktoś lepiej od niego sprawdzi i wypróbuje / dach, okna, parasole?” (tamże, Deszcz).

Są i inne wątki, z których Dąbrówka wiąże swoje heurystyczne sieci (świat to struktura sieciowa, jak twierdził Claude Lévi- Strauss): lot i wszystko co się z nim wiąże – ptactwo, skrzydła, tytułowy Ikar, symbole wolności i na przekór także niewoli; również rodzina i dom rodzinny jako wyznaczniki ludzkości (wstrząsający wiersz Przyjadą albo nie przyjadą); i wiatr, nie jako antynomia wody i ziemi, ale jako jeszcze jeden niezależny i niepojęty nośnik tego wszystkiego, co się „karkołomnie” składa w zdumiewające całości.

Nieprzypadkowo do tytułu tomiku wkradła się literka „i” i ustawiła na początku. Chodzi o Ikara, który leciał ku słońcu na własną zgubę. Roztrząsanie świata to szaleństwo.

Piotr Müldner-Nieckowski


Andrzej Dąbrówka, I-karkołomnie, Wyd. AULA, Podkowa Leśna 2009.

Andrzej Dabrówka w Bibliotece
W sobotnie popołudnie mielismy zaszczyt goscic Andrzeja Dabrówke swietnego poete, tłumacza, leksykografa i profesora literatury. Prezentowany przez prowadzacego
spotkanie Piotra Müldnera-Nieckowskiego nowy tom oryginalnych wierszy pt. Ikarkołomnie był inspiracja do zajmujacej dyskusji na temat pozornie prostych przejawów ¿ycia codziennego, których ukryte znaczenia odkryc mo¿e i dotrzec do ich prawdziwej głebi tylko osoba niebywale wytrwała i wra¿liwa na lekkie powiewy metafizyki w naszej coraz mniej poetyckiej codziennosci. Informujemy, ¿e w Bibliotece
mo¿ecie Panstwo otrzymac prezentowany podczas spotkania tom wierszy.

Opublikowano art, books, literature, personal, poetry, Poland | Dodaj komentarz

Praprzodkowie

Po pięciu latach od poprzedniego odcinka Przodkowie nieznacznie uściśliłem pewne dane o przodkach z XIX wieku i mocno poszerzyłem wiedzę o wcześniejszym okresie, sięgając do okolic roku 1575, kiedy, mówiąc obrazowo, jeszcze żył Jan Kochanowski. Kto wie, czy pomykając saniami z Czarnolasu do Warszawy w pierwszych dniach stycznia 1578 roku na przedstawienie Odprawy posłów greckich nie zatrzymał się w połowie drogi na popas w Warce, pokonując Pilicę w Wymysłowie, gdzie wśród zasmarkanych brzdąców wiejskim zwyczajem bacznie obserwujących drogę i podróżnych stał paroletni Staś Dąbrówka.

Wymysłów (zielony X), Winiary (żółty sześciobok), między nimi Pilica

Wawrzyniec

Prapradziadek Wawrzyniec zmarły 6 grudnia 1839 roku miał według aktu lat 40.

Działo się w Rozniszewie dnia szóstego grudnia Tysiąc Ośmset trzydziestego dziewiątego roku o godzinie dwunastej w południe. Stawili się Grzegorz Dąbrówka lat szesdziesiąt i Ludwik Dąbrówka lat czterdzieści liczący Obadway Sąsiedzi w Zakrzewie zamięszkali I Oświadczyli Nam że na dniu  dzisiejszym o Godzinie piątej rano Umarł Wawrzeniec Dąbrowka lat czterdzieści wieku swego liczący Syn Grzegorza i Zofij Dąbrówków Po przekonaniu się na Ocznym Ozeysciu Wawrzeńca  – Akt ten stawaiącym przeczytany i przez Mię podpisany stawaiący pisać nie umieią — Xiądz Stanisław Mystkowski Proboszcz Rozniszewski

Datę urodzenia Wawrzyńca 1802 można uznać za prawie pewną, gdyż pochodzi z porządnie napisanego aktu urodzenia jego pierwszego dziecka Józefa (1823), gdzie Wawrzyniec sam zgłasza się w trzy dni po urodzinach z dzieckiem do chrztu i twierdzi, że on ma 21 lat, a jego żona Salomea 20.

Małżeństwo musiało zostać zawarte tuż po 1820 roku, a na początku młodzi mieszkali w Winiarach. Dopiero późniejsze dzieci rodzą się na starej placówce w Zakrzewie.  

Grzegorz

Ojciec zmarłego młodo Wawrzyńca Grzegorz ożenił się w roku 1796 w wieku lat 34, dziesięć lat po śmierci swego dziadka Józefa, jeszcze za życia swej matki Łucji, a być może swego ojca (NNMężaŁucji). Panna Zofia jest z Zakrzewia, więc ślub Grzegorza i Zofii z 18 stycznia 1796 jest zapisany w księgach wareckich:

„między Rolnikiem Grzegorzem Dąbroskim Kawalerem i Rolniczką Zofią Królewną Panną oboje ze wsi Zakrzew.[1]

Świadkami byli chłopi Sebastian Sobota i Wojciech Brzeziński. Tu muszę dodać wyjaśnienie na temat stanowych określeń, jakimi tłumaczymy na polski średniowieczny termin laborios-a/us. W kategoriach socjologicznych to są chłopi, wszakże trudno go używać w tekście aktu urodzenia, więc przyjąłem pojawiający się w polskojęzycznych metrykach XVIII-XIX wieku termin rolnik, funkcjonujący obok „gospodarza”. Grzegorz, kiedy zawiadamia o śmierci swojej matku Łucji w 1820 roku jest określony jako gospodarz w Zakrzewie.

1796-01-18 Grzegorz Dąbroski + Zofia Królewna Zakrzew

Zapis Dąbrowski/ska zdarza się sporadycznie w metrykach Dąbrówków, a nazwiska panieńskie przybierają ciekawe formy jak ta „Królewna”, czyli Królówna.

Akt małżeństwa nie podaje wieku poślubionych, więc nic z niego nie wynika dla oszacowania daty urodzenia Grzegorza. Pozostaje wnioskowanie z innych dokumentów, które niestety mają bardzo duży rozrzut.[2] Najbardziej wiarygodny wydaje się wniosek z aktu zgonu Łucji, gdyż tam występują dwaj jej synowie: Jakub lat 60 i Grzegorz lat 58: te dwie liczby wzajemnie się kontrolują, bracia najlepiej wiedzieli, który ile ma lat, który i o ile jest starszy. Wiek Jakuba jest potwierdzony jego rolą świadka w akcie zgonu Marianny Olejnikowej lat 70 (1810-11-30) prawdopodobnie jego teściowej, skoro była „u Jakuba Dąbrówki w Grabowie zamieszkała”. Dzięki temu także i trzecia liczba, 80 lat życia Łucji, dobrze się sprawdza, skoro Jakub podawał ten wiek zmarłej Matki: Łucja mogła urodzić Jakuba mając lat 20, a Grzegorza – lat 22. Przyjmuję zatem rok urodzenia Grzegorza 1762, miałby on w dniu ślubu z Zofią (1796) 34 lata. Nie jest to wiek młodzieńczy, więc słowo juvenes w metryce trochę dziwi, ale w tym miejscu oznacza ono kawalera, a nie wdowca. Potwierdza to zarazem, że zadeklarowana później różnica wieku 10 lat między Grzegorzem a Zofią, była możliwa, choć była bodaj większa (1762-1777=15). Grzegorz dyktuje do metryki urodzenia jego córki z 30 maja 1817, której nadał imię żony – Zofia, że ma lat 50, a żona 40.

Przed nami Proboszczem w Roźniszewie, Urzędnikiem Stanu Cywilnego w Woiewodztwie Sandomirskim, Obwodzie Radomskim, Stawił się Grzegorz Dąbrówka maiący lat pięćdziesiąt Rolnik zamieszkały w Zakrzewie, i okazał nam dziecię płci żeńskiej, które urodziło się nocy dzisiejszej pod N3. oświadczaiąc, iż iest spłodzone z niego i Zofii Królowney lat Czterdzieści maiącey Małżonki iego i że życzeniem iest iego nadać mu imie Zofia. Po uczynieniu tego oświadczenia wprzytomności Antoniego Kozłoskiego lat 50, tudzież Antoniego Karczmarczyka lat 36 maiącego zamieszkałych w Zakrzewie niniejszy akt podpisaliśmy, ile że osoby stawaiące pisać nie umieją. Rzepkowski Urzęd.Stanu Cywilnego

Kiedy mała Zosia ma trzynaście lat, szóstego grudnia 1830 roku umiera jej matka Zofia Dąbrówczyna (Królówna), w wieku lat 50, z czego wynikałby rok urodzenia 1780. Z poprzedniej metryki urodzenia córki wnioskować można było rok ur. 1777.

…stawili się Piotr Sikora lat 50 i Stanisław Wdowiak lat 30 obadwaj w Zakrzewie zamieszkali. I oświadczyli Nam iż nadniu dzisiejszym o Godzinie piątej rano Umarła Zofia Dąbrówczyna lat piędziesiąt wieku swego licząca. Po przekonaniu naocznym o zeysciu Zofij akt ten przeczytany...

Dziesięć lat po swej żonie Zofii („Królewnie”) umiera jej mąż, mój 3.pradziadek Grzegorz. Nastąpiło to w roku 1840 w Winiarach, gdzie mieszkał przy zięciu, który zawiadamia o jego zgonie proboszcza wareckiego:

...stawili się Walenty Olak lat dwadzieścia dziewięć tudzież Franciszek Kotliński lat siedmdziesiąt mający obadwaj gospodarze w Winiarach zamieszkali i oświadczyli że w dniu wczorajszym o godzinie siódmej wieczór umarł Grzegórz Dąbrówka przy zięciu zostający w wsi Winiarach zamieszkały lat siedmdziesiąt sześć [?] liczący, wdowiec – Syn [=zięć] Imion Rodziców [Grzegorza] niewiadomy. – Po przekonaniu się naocznie o zejściu Dąbrówki – Akt ten stawającym  przeczytany i przez nas podpisany został. Stawający pisać nieumieli. – XPogonowski     

Przed Łucją

Wnioskując z dostępnych danych nadal podtrzymuję hipotezę, że matka Grzegorza Łucja urodziła się w 1740 roku, ale kiedy i za którego Dąbrówkę wyszła za mąż, wciąż nie mogłem potwierdzić w zachowanych aktach stanu cywilnego. Dlatego roboczo przyjmuję zamiast imienia określenie dla tego 4.pradziadka NNMążŁucji, gdyż to on musiał być ojcem Grzegorza. Skąd się ów NN wziął, wiadomo dość dokładnie, jego ojcem musiał być Józef syn Feliksa i Zofii, a matką Marianna Wróblówna z Zakrzewia. Józef urodził się (przed) 19 marca 1710 roku w Zakrzewie. Ksiądz Andrzej Myszkiewicz pisze:

19 [marca] ochrzciłem Józefa, [syna] Feliksa i Zofii Dąbrówka, rolników małżonków. Podawali Paweł Waychert i Katarzyna Lulakowa wdowa.

Prawdopodobnie Łucja już jest na świecie, gdy jej przyszli teściowie dopiero się pobierają. Dzieje się to w wiosce panny młodej, Marianny Wróblówny, Starej Warce, która leży na lewym brzegu Pilicy na wysokości Wymysłowa, w prostej linii to o połowę bliżej niż do Cychrowskiej Woli, tyle że przez rzekę. Ślub zawarty był w ostatkach karnawału, 22 lutego 1741 roku:

1741-02-22 Stara Warka () Małżeństwo między rolnikami Józefem Dąbrówką ze wsi Zakrzew i Marianną Wróblówną panną ze Starej Warki. Świadkami byli rolnicy Tomasz Kuleszka, Ludwik Kuleszka, Mateusz Paluch(?) i inni z Zakrzewa.[3]

1741 Ślub Jozefa i Marianny StaraWarka –k177v-skan180

Tutaj warto dodać, że w księdze małżeństw, prowadzonej wtedy w Warce osobno, karta z wpisem dotyczącym przytoczonego aktu, w dolnej części jest oddarta, i wpis z 3 lipca jest tylko częściowo zachowany, pierwszy pełny wpis na następnej karcie dokonany był w styczniu 1743; mimo że paginacja czerwoną kredką nie ma luki (udarta karta ma nr 178, a pełna następna 179, to jednak znaczy tylko, że naniesiono je później, kiedy już karty za dobre półtora roku (1741-1742) już tam nie było. Być może to były dwie karty, gdyż zdarzało się wtym czasie że w samym styczniu było dziesięć ślubów, co zajmowało obie strony karty.

Dziwnie z tym koresponduje jeszcze większa luka w księdze chrztów, która najpewniej już nie ominęła moich przodków. Wykrywam ją szukając dzieci Józefa i Marianny, które mogły się rodzić po ich ślubie z lutego 1741 roku, a więc od listopada 1741 do roku 1750. Mamy metryki dwóch synów: Łukasza (*1748) i Wojciecha (*1750), oraz akt zgonu czteroletniego Bartka (*1754), ale przed Łukaszem musiały być jakieś dzieci, rodzące się wszak zwykle zaraz po ślubie (1741). Niestety księga chrztów parafii Warka ma tu bolesną i pokaźną lukę: po 30 września 1740 karta liczbowana czerwoną kredką 490v kończy się na 30 września, a następna jest karta 494 na rok 1745. Czyli tutaj ręka, jakby zacierająca jakieś ślady, która oszczędziła interesującą nas metrykę ślubu Józefa i Marianny, wydzierając dopiero następne, tu  wydarła całe 5 lat aktów chrztu z okresu dla nas kluczowego: akurat w tym okresie musiał się urodzić NN Mąż Łucji, która powinna już żyć od 1740 roku, gdyż musiała wyjść za mąż do roku 1759, skoro w 1760 urodziła syna Jakuba. Urodziła go jako Dąbrówczyna, więc jakiś mąż Dąbrówka musiał zadziałać. Szukając tego męża Łucji muszę przyjąć, że najwcześniej mógł się urodzić już na przełomie listopada/grudnia 1741, i byłby prawie rówieśnikiem Łucji. Józef i Marianna mieli dzieci prawdopodobnie jeszcze wcześniej, bo byłoby dziwne, aby się trzej synowie pojawili dopiero w 8, 10 i 13 lat po ślubie. Tak więc najmocniejszym kandydatem na „Męża Łucji” jest domniemany pierworodny syn Józefa i Marianny z roku 1741-2:

               *1741? NNmążŁucji

               *1748-10-28 Łukasz

               *1750? Wojciech

               *1754-1758 Bartłomiej

Hipoteza urodzenia się NNMężaŁucji jako pierworodnego syna jest konieczna, tylko on mógłby się ożenić z Łucją w 1759 i mieć z nią pierwszego syna Jakuba w 1760. Potwierdzony w aktach Łukasz (*1748) urodził się za późno: zanim zestawiłem dobrze wszystkie daty, myślałem o nim jako mężu Łucji, bo mąż młodszy o parę lat mógł się i wtedy zdarzyć. Kluczowa jest jednak data urodzenia synów Łucji – Jakuba (1760) i Grzegorza (1762), są one trudne do przesunięcia, choć nie ma akurat ich metryk urodzenia, to inne dane mocno je potwierdzają.

Skoro nie mamy danych o chrztach z interesującego nas okresu, idziemy szukać w aktach małżeństwa. Synowie Józefa i Marianny mogli się żenić od 1759, tak jak najmłodszy Wojciech, czyli Adalbertus Dąmbrówczak biorący za żonę Teresę pannę z tej samej wsi Zakrzew.

               Czyli szukamy ślubu najstarszego brata tego Adalbertusa, którego wciąż musimy nazywać NNmążŁucji; jednak tego ślubu BRAK W MAŁŻEŃSTWACH parafii Warka za lata 1755-1760. Zapewne został wtedy zawarty, ale małżeństwo osiedliło się w parafii Grabów, skąd przypuszczalnie pochodziła Łucja, skoro zmarła u dzieci w Cychrowskiej Woli. Poszukiwanie w Grabowie jest niestety niemożliwe z powodu pożaru plebanii wraz z archiwum starych ksiąg w roku 1956. Nie trafiłem na jego zgon w zachowanych aktach stanu cywilnego Grabowa prowadzonych od roku 1810. Jednak [MążŁucji i Łucja] – ci rodzice Jakuba i Grzegorza – musieli się mniej więcej wtedy tzn. ok. 1759 pobrać, skoro w 1760 się urodził syn: znany nam z ksiąg Jakub (*1760?-zm.1824), a po nim Grzegorz (*1762?-1840).

Akt zgonu Jakuba (Akta Grabowskie 58/133/0/1/4) nie przynosi żadnej istotnej wiadomości, a w ważnej sprawie jest bałamutny. Oto syn Jakuba Mikołaj lat 36 oświadcza że ojciec jego zmarł 12 maja 1824 w wieku lat pięćdziesięciu, co potwierdza trzydziestoletni zięć Łukasz Mielnicki. Musiałby Jakub spłodzić Mikołaja mając lat czternaście, i na tym nie poprzestać, skoro miał córkę, a nawet dwie, jak się domyślamy z aktu zgonu 80-letniej wdowy Marianny, zm. 24 listopada 1842,  a więc urodzonej *1762, co czyni ją prawie pewną żoną Jakuba (*1760). Ich syn Mikołaj nie żył od 1830, wiadomość podali niespokrewnieni mężczyźni, zostawiła dwie córki Katarzynę i Cecylię.

Akta chrztu z Warki za lata 1759-1763 nie dają dla nas żadnego wyniku. Należy domniemywać, że obaj synowie Łucji (Jakub i Grzegorz) zostali ochrzczeni w Grabowie.

Czy była matką męża Łucji a moją 5.prababką „Marianna Józefowa” zm. w 1760 w Warce? [Z056] Miała wtedy według lakonicznego aktu „zeyścia” „ok. 52 lata”, co dawałoby rok urodzenia 1708, byłaby więc 2 lata starsza od Józefa. Nie jest to typowy przypadek, ale nie należy do niemożliwych. Urodzenie Bartka w roku 1754 nie jest niemożliwe u kobiety 46-letniej. Prawdopodobnie to rzeczywiście matka NN męża Łucji (a babka Grzegorza) zmarła w 1760 roku w Warce, skoro Józef w karnawale 1763 roku bierze drugi ślub (secundum votum), z Agnieszką Nadolną. Mój 5.pradziadek Józef żył jeszcze 23 lata, dożywając wieku 76 lat, podobnie jak pół wieku później jego wnuk Grzegorz. To już nie jest moja rodzina, ale dla porządku pokazuję to drugie życie mojego 5.pradziadka Józefa

1763_01-17- ślub Józefa D. i Agnieszki Nadolnej stąd 3 synowie:

               *1764-†1770-zm6lat-Filip s. Józefa Dąbrówki + Agnieszki Zakrzew

               *1769 Feliks Jan Dąbrówka s. Józefa i Agnieszki Zakrzew

               *1779 Maciej Dąbrówka s. Józefa i Agnieszki(†1795) Zakrzew

Kiedy w roku 1786 Józef Dąbrówka (*1710) umiera w Zakrzewie, już w maju wdowa Agnieszka Dąbrówczyna wychodzi ponownie za mąż, i umiera 9 lat później w wieku lat 47 w Winiarach.

Trzech Janów i trzy Zofie

Wiadomości o moich najdawniejszych praprzodkach są nadspodziewanie liczne i w miarę dokładne, choć nie brak luk w dokumentach. Było trzech Janów, jeden Feliks, i jeden Stanisław, a babkami były trzy Zofie i jedna Katarzyna. Jeszcze nie mam żony dla najstarszego Stanisława (tego, który zasmarkany stał przy drodze „patrząc na Jana Kochanowskiego”), ale Jan Dąbrówka przez nią został kiedyś ok. 1595 roku urodzony, aby w 1617 roku móc zawrzeć poświadczony ślub – w tej chwili najstarszy nasz rodowy dokument. Być może ta jego NN matka już nie żyła i dlatego sam „pan Stanisław” pojawia się jako ojciec Jana w metryce „ślubu między Janem, synem pana Stanisława Dąbrówki i Zofią córką pana Wawrzyńca Wachnio” zawartego w Zakrzewie 29 października 1617 roku.[4]

Półtora roku później Jan i Zofia 12 czerwca 1619 roku w Zakrzewie chrzczą syna i dają mu na imię Jan.

Jaś ma 10 miesięcy, kiedy 18 kwietnia 1620 rodzi się w Cychrach jego przyszła żona, też będzie to Zofia, córka Stanisława Łyska i jeszcze jednej Zofii, a podawali ją do chrztu Maciej Rogowiec[5] i „Anna stara pani”.

To ostatnie wtrącenie po polsku do łacińskiej metryki zwraca uwagę, tym bardziej że ksiądz Wawrzyniec borykał się z nie uregulowaną jeszcze polską pisownią, o czym świadczy walka z zapisem nazwy wsi Rytomoczydła (na drodze z Warki do Grójca). Ksiądz Wawrzyniec Niebądzowicz, o nazwisku równie dziwnym co nazwa tej wsi, pochodził z Warki, nazywał siebie Warecczaninem (Warcensis) o czym świadczy wpis do bractwa różańcowego przy Uniwersytecie Krakowskim pod rokiem 1612.[6]  Wrócił po studiach do Warki, zostając wikariuszem parafii (św. Mikołaja).

Zofia Łyskowa (matka Zosi) pojawia się jako podająca do chrztu 22 maja 1618 roku. Najprawdopodobniej „Czychry” oznaczają dzisiejsze Stare Cychry, położone ok 5 km od Zakrzewa, nad rzeczką Grabówką.

Podczas wycieczki w tamte strony 27/12/2020 mijaliśmy Stare Cychry. Wysiadłem z samochodu żeby zrobić zdjęcia rzeczki, nie wiedząc jeszcze, że nazywa się Grabówka.

Rzeczka Grabówka w Starych Cychrach, 27/12/2020

Płynie od Grabowa, mija Cychry, Anielin (Kępę), opływa Rozniszew za kościołem, już blisko Pilicy, w Boguszkowie zasila się łachą długą jak cała wieś, pod Zagrobami łączy się z Kanałem Trzebieńskim, po czym pod Mniszewem wpada do Pilicy. Całą okolica tak wygląda na zdjęciu satelitarnym:

Zapilcze warecko-magnuszewskie. Zaznaczone miejsca, gdzie mieszkali moi przodkowie.

Po dwudziestu latach od urodzenia Jana syna Jana Dąbrówki i Zofii z d. Wachnio (*1619), najpóźniej we wrześniu 1639 musiało zostać zawarte małżeństwo Jana Dąbrówczaka i Zofii Łyskówny, gdyż 5 czerwca 1640 roku w Zakrzewie zostaje  ochrzczony „syn Jana i Zofii”, nazwany znowuż Janem.[7]

5 czerwca [1640] Ja jak wyżej [ks. Józef] ochrzciłem Jana [syna] Jana i Zofii małżonków; podawali Andrzej Radwański i Magdalena Maronowa z Warki.

Tu zauważmy, że ówczesne metryki chrztu, a czasem i małżeństwa, zadowalają się podawaniem zaledwie imion: „Kazimierz z Gruszczyna zawarł związek małżeński z Zofią z Cychrowskiej Woli.”[8]

Nie mamy więc absolutnej pewności. Jednak liczba Janów będących „synem Jana i Zofii” nie była chyba w jednym momencie i w jednym małym przysiółku jak Wymysłów większa niż jeden. Być może powtarzalność tych imion z ojca na syna była jakimś znakiem rodzinnym jak nazwisko. Dziwi bowiem ominięcie najważniejszego nazwiska w tej metryce, która podaje pełne imiona i nazwiska świadków. Z powodu tego przemilczenia osoba indeksująca metryki wareckie wymienia wśród dzieci Jana i Zofii Macieja (*1629) i Reginę (*1644), ale nie Jana (*1640).

Wnioskuję, że wymieniony w metryce Jan syn Jana i Zofii jest Janem Dąbrówką, pojawiającym się jako ojciec trójki znalezionych w aktach dzieci: Jakuba (*1668), Zofii (*1674) i Feliksa (*1680). Nie zdołałem znaleźć aktu małżeństwa Jana i Katarzyny w latach ~1660-1667.[9] Jednak jeśli występują jako rodzice, i formalnie metryka ich nazywa małżonkami, ten związek musiał być zawarty, najpóźniej przed końcem roku 1667, być może w Grabowie, stąd brak aktu w księgach Warki.

*1668-07-25 ochrzczony Jakub, syn Jana Dąbrowsczyka i Katarzyny, Zakrzew

*1674-04-20 ochrzczona Zofia c. rolnika Jana Dąbrówki i Katarzyny małżonków, Zakrzewo[10]

*1680-06-02 Feliks Dą(m)browka? zm. 1732, s. Jana i Katarzyny – Zakrzew[11]

Dnia drugiego czerwca [1680] Ja Albert Kalbarzewic dziekan Warecki i Proboszcz Grabowski ochrzciłem Feliksa [syna] Jana Dąmbr[ówki] i Katarzyny prawowitych małżonków.

Ten to Feliks Dąbrówka (*1680) musiał się ożenić po roku 1700, i to z Zofią (imię jego babki i prababki), aby w roku 1710 móc ochrzcić syna Józefa.

19 [marca 1710] Ja Andrzej Myszkiewicz ochrzciłem Józefa, [syna] Feliksa i Zofii Dąbrówków, prawowitych małżonków. Podawali Paweł Waychert i Katarzyna Lulakowa wdowa.[12]

Feliksa poświadczają jeszcze dwie metryki ślubu, gdzie występował jako świadek (1723  i 1725).

Doszliśmy więc do początków tego odcinka, gdzie omówiłem dokładniej życie Feliksowego syna Józefa. Historia jest więc zamknięta. Są w niej pewne luki, brak jednego imienia, pewne daty i fakty zakładam wnioskując z potwierdzonych okoliczności, mogłem coś niedokładnie odczytać – ale w sumie, uzupełniając brakujące elementy raczej przedstawiony zarys dziejów potwierdzimy niż obalimy.

Po przeszukaniu wareckich ksiąg parafialnych, udostępnionych na portalu Geneteka tak się rysuje lista moich przodków po linii ojcowskiej.

Liczby na lewym marginesie zacząłem dodawać zaczynając od moich pradziadków i prababek. Doliczyłem się zatem do dziesiątego pradziadka, którego żony jeszcze nie znam. Moje wnuki Dąbrówczaki i Dąbrówczanki, jak to kiedyś mawiano — Wiktor, Igor, Oktawia, Staś i Łucja – znają zatem swoich 12 pradziadków i 11 prababek.

Droga dzieciarnio, wszystkim wam dedykuję tę historię, ale zgodzicie się, że główną adresatką jest najmłodsza spośród Was Łucja, która dopiero co przyszła na świat (co odnotowałem w swoim czasie), prawie równo 200 lat po swojej imienniczce — Waszej i jej  6.prababce. Teraz wiecie, gdzie jesteście.


31 grudnia 2020

==========================================================================


[1]  „inter Laboriosum Gregorium Dąbroski Juvenem et Laboriosam Sophiam Krolewna Virginem omnes de villa Zakrzew”

[2] 1820-11-15 Grzegorz Dąbrówka lat 58 poświadcza zgon matki, Łucji Dąbrówczyny lat 80 (>*1762)

1834-01-15 Grzegorz Dąbrówka lat 60 (>*1774) poświadcza zgon Antoniego

1839-12-06 zm. Wawrzyniec D. ur. 1800? (lat 40), syn Grzegorza (lat 60) i Zofii, w Zakrzewie

1840-07-26 zm. Grzegorz lat 76 (>*1764)

[3] Stara Warka …Matrimonium inter [Laboriosos?] Iosephum Dąbrówka de Villa Zakrzew, et Mariannam Wróblowna Virginem de Stara Warka (prawdopodobni teściowie Łucji). Testes erant Laboriosi Thomas Kuleszka, Ludovicus Kuleszka, Matheus ??luch et alii de Zakrzew.

[4] 29.10.1617 …matrimonium inter Joannem filium domini Stanislai Dambrowka et Zophiam filiam domini Laurenty Wachnio confirmatum est presentibus Domianów Franek et Domb Kamil et aliis multis…

[5] Inne zapisy: Rogowicz. Wiele dzieci podawał do chrztu, i nie jest to jedyny przypadek, takiej wielokrotnej usługi.

[6] Nr 13. Laurentius Niebądzowicz Warcensis, studiosus Cracoviensjis.

[7] 5 Junij Ego idem Bapt. Joannem Joanni et Zophiae coniugibus, levantes Andreas Radwanski et Magdalena Maronowa de Varca.

[8] Cychrowska Wola. Casimirus de Grusczyn contraxit Matrimonium cum Zophia de Cychrowska Wola. Benedictum Varcae per Gasparum Gorayski adstantes multis.– Wynika stąd zwyczaj, że nawet jeśli uroczystość odbyła się w kościele w Warce, małżeństwo w księdze odnotowano pod nazwą wsi pochodzenia panny, prawdopodobnie tam się też odbyło wesele.

[9] Dociekania są utrudnione z powodu luk w dokumentacji, nie zawsze ujawnionych. Na karcie 115 (skan 117) ostatni wpis z roku 1672 ma datę 14 stycznia, a na odwrocie tej karty nie jest kontynuowany styczeń-luty (okres karnawałowy zwykle najobfitszy w śluby), tylko pojawia się od razu rok 1673 i to z wpisem z 16 listopada, więc brakuje półtora roku aktów małżeństwa. Nie może to być naturalną fluktuacją, choć w tym okresie zdarzały się lata po kilka ślubów (1674 [od marca] osiem, 1675 – sześć, 1676- cztery, 1677 – pięć, wszystkie w Warce, 1678 – pięć, 1679 – cztery, 1680 – pięć, 1681 – ponad 20 [są tam jakieś zaległe dopiski z innych lat]).

[10] Baptizata est Zophia Lab. Joannis Dąbrówka et Catharinae Coniugum Levantes Stanislaus Avus et Klickowa Regina.

[11] Die secunda Junij Ego Albertus Kalbarzewic Decanus Varecensis et Parochus Grabowiensis Baptizavi Felicem Joannis Dąmbr[ówka] et Catherinae legitimorum Coniugum.  Levantes [Petrus?] [??Grabski] civis Varacensis et [???] Plukowska [?].

[12] 19 [Martii 1710] Ego Andreas Myszkiewicz baptizavi Josephum, Felicij et Zofiae Dąbrówka, legitimorum Coniugum. Levantes Paulus Waychert, et Catharina Lulakowa Vidua.

Opublikowano personal, Poland, Uncategorized | 1 komentarz

Gdzie jest tekst?

Tytułowe pytanie postawiłem w szkicu o humanistyce cyfrowej („Nowe Media” 7/2014). Zająłem się tam filozoficzną stroną istnienia kodów językowych w spektrum analogowości i cyfrowości, oraz w perspektywie trzech medialnych form podawczych: ustności, ikoniczności i piśmienności. Wskazuję tam na ich wzajemne przenikanie w piśmienności cyfrowej.

Możliwe typy form autorstwa we wczesnej piśmienności przedstawiłem w szkicu Autorstwo a piśmienność[w:] Kultura pisma w średniowieczu: znane problemy, nowe metody (2013).

Uwarunkowania autorstwa w szczególnym paradygmacie cyfrowym omówiłem w rozdziale Autorstwo uczestniczące [s. 303-328 w:] Teksty kultury uczestnictwa (2016).

W spotkaniu z adeptami edytorstwa UKSW chciałbym porozmawiać o kilku aspektach istnienia tekstu. Wychodząc od moich już znanych rozważań na ten temat, dodam nowe dobitne sformułowanie mojego stanowiska tekstologicznego „tekstu nie ma”. Oto jego ilustracje: 

„Utwory nie wyczerpują się w realizacji tekstowej i zmysłowej, tylko istnieją mentalnie i podlegają cały czas w umyśle procesom obróbki.” Konstruktywizm w badaniach literatury dawnej, „Nauka” nr 3/2009: 151.

„Oto bowiem w konstruktywizmie kognitywnym odbiorca okazuje się uczestnikiem aktu kreacji znaczeń, które nigdy nie są dane w systemie języka, i nie mogą być bez strat przeniesione z umysłu nadawcy do umysłu odbiorcy, ale muszą być wciąż i w umyśle każdego uczestnika wymiany na nowo tworzone z wyjściowych składników. Wewnętrzne formy pobożności w kaznodziejstwie [s. 237-248 w:]  Kaznodziejstwo średniowieczne. Teksty, atrybucje, audytorium. Polska na tle Europy, pod red. K. Brachy (wsp. A.Dąbrówka), 2014, tu s. 238.

„Utwór artystyczny nie istnieje pierwotnie jako zapis, ale jako myślowa partytura, poznawana dzięki wykonaniu. Zapis jest tylko tłumaczeniem myślowej partytury na język obcy. Dokonuje go skryba/kopista, który wykonuje partyturę dla siebie i dokonuje reportacji tego wykonania. Utwór właściwy pojawia się emergentnie podczas wykonania dzięki rozpoznaniu w umyśle odbiorcy i powtórzeniu reguł powstania utworu, zastosowanych przez twórcę.” Nominalizm, realizm, emergencja, „Litteraria Copernicana” 2016 n. 3(19)/, p. 41-5 tu:53.

Dyktat ścisłego materializmu w tekstologii wynika z redukcji tekstu do tego, co widać na powierzchni, przy ignorowaniu wszystkiego w tej górze lodowej, na czym ten widoczny segment spoczywa. Jest to podejście z gruntu błędne: tekstu nie ma materialnie, istnieją tylko jego zapisy”.
Ars sine scientia nihil est. Respons na koreferat dra Łukasza Cybulskiego – „Teksty Drugie” 2019/2: 108-116

Jak widać głoszę to stanowisko tekstologiczne od ładnych paru lat, natomiast teraz zastosowałem je do interpretacji fraszki Jana Kochanowskiego O Łázárzowych księgách (2.52). Zainspirowała mnie tu interpretacja, jaką przedstawił prof. J. Schulte w swojej książce o Kochanowskim. Wynik mojego badania zaprezentuję po raz pierwszy publicznie 18 listopada 2020 na pierwszym po wakacjach (zdalnym) zebraniu koła edytorskiego studentów UKSW.

Uprzedzając zgorszenie publiczne twierdzeniem, że „tekstu nie ma” śpieszę wyjaśnić, że nie mówię, iżby utwór nigdzie poza umysłem się nie manifestował, owszem – ale nie zawsze jest to czystopis na papierze. Dawniej to były improwizacje śpiewaka, który dla każdej publiczności odtwarzał wiersz na nowo z głowy, niekoniecznie zapamiętany słowo w słowo. Pisałem o tym w blogowej refleksji jakiś czas temu.

Oczywiście, w końcu wiersz wykoncypowany w umyśle zwykle się jakoś manifestuje fizycznie/materialnie. Ale nie zawsze, to z kolei opisałem w drugim wpisie, który też powstał na marginesie pewnego referatu w Pracowni Literatury Średniowiecza, którą opuściłem przechodząc z dniem 1 stycznia 2020 na ustawową emeryturę.

Opublikowano Uncategorized | 1 komentarz

Holenderskie sprzątanie: Piotr Oczko

Lada dzień (IX 2020) ukaże się niderlandzki przekład książki Piotra Oczki, którą miałem okazję tak dokładnie przeczytać, że dostrzegałem nawet to, co Autor napisał między wierszami (jak się był uprzejmie wyraził podczas konferencji we Wrocławiu). Jest więc ostatni moment, aby przypomnieć książkę i treść mojego omówienia, które o ile wiem nigdzie się nie ukazało, choć gdzieś je tam posyłałem jako recenzję. Jestem ciekaw, czy coś z moich uwag trafiło do wersji tłumaczonej.

Piotr Oczko, Miotła i krzyż. Kultura sprzątania w dawnej Holandii,
albo historia pewnej obsesji
(Collegium Columbinum: Kraków 2013, 792 s.)

Rzadkością w naszej nauce są osoby tak wszechstronnie wykształcone jak Autor tej książki. Jego dorobek naukowy wyrósł na kilku polach nauk humanistycznych, głównie neofilologii (z przewagą niderlandystyki, z wątkami germanistycznymi i anglistycznymi), polu obejmującym ponadto polonistykę, historię sztuki i historię społeczną. Prowadził badania zarówno historyczne, w tym komparatystyczne jak i teoretyczne. Transdyscyplinarność  rozciąga się na topikę, ikonologię i estetykę. W ciągu 15 lat od ukończenia studiów Autor opublikował 5 samodzielnych książek naukowych oraz kilkadziesiąt rozpraw i pomniejszych opracowań, wydał także własne przekłady 5 książek literackich i naukowych (niektóre opatrując aparatem naukowym), oraz szereg drobnych prac w czasopismach i książkach zbiorowych.

Omawiana książka wyrasta organicznie ze wskazanych obszarów, aczkolwiek nie stanowi – jak to dość często bywa – zbiorczej publikacji rozdziałów drukowanych wcześniej osobno w czasopismach. Całkowicie nowa, okazała i solidnie wydana monografia Miotła i krzyż. Kultura sprzątania w dawnej Holandii, albo historia pewnej obsesji gromadzi duży korpus obserwacji charakterystycznego obyczaju holenderskiego, dyskutuje proponowane i możliwe wyjaśnienia genezy zjawiska sprzątania miejskich domów, uderzającej intensywności tych zabiegów, i wreszcie funkcji tych zachowań. Ogrom przebadanego i ogłoszonego w książce materiału zmusza do szerszej prezentacji, poprzedzającej ocenę, która inaczej byłaby pozbawiona kontekstu.

Wyłożywszy we Wstępie (13-44) przesłanki myślowe i stosowaną terminologię,  zarysowuje w rozdziale I Cud czy mit? O siedemnastowiecznej Holandii (45-102) panoramiczny obraz kultury holenderskiej XVII w. uwzględniając główne jej obszary (polityka, religia, sztuka, życie codzienne z gospodarką), aby na tym tle w  rozdz. II Oczyma podróżników (103-150) uchwycić i pokazać materiałowo problem przytaczając i omawiając liczne przykłady obserwacji fenomenu czystości holenderskich miast i mieszkań, jakie odnotowali podróżnicy odwiedzający „Kraj Nizin”. Etap wstępny zamyka rozdz. III (151-196) przynoszący serię relacji i opinii porównawczych o czystości w dziesięciu regionach Europy.

Kolejne trzy rozdziały przynoszą szczegółową egzemplifikację zjawiska. Rozdz. IV „Miotła orężem, szczotka moim mieczem” (197-266) omawia świadectwa zawarte w dawnym piśmiennictwie niderlandzkim (aż do wieku XX), najobszerniejszy rozdz. V (267-442) przywołuje i klasyfikuje źródła z obszaru sztuk plastycznych, rzemiosł artystycznych i druków ulotnych z kręgu propagandy politycznej. Rozdział VI problematyzuje przedstawienia czynności sprzątania w szerszej perspektywie społecznej, wiążąc je z historycznymi reprezentacjami ról kobiecych w rodzinie i w życiu publicznym, głównie rozpatrywanymi w piśmiennictwie feministycznym.

Następują dwa rozdziały interpretacyjne pod jednobrzmiącym tytułem Dlaczego Holendrzy sprzątali? (VII – s. 493-544, i VIII – s. 545-568).

W pierwszym omawia wyjaśnienia religijne (etyka protestancka identyfikująca schludność z pobożnością, może też religijno-państwowa sublimacja i utrzymywanie w zachowaniach pamięci założycielskiego obrazoburstwa – skorupy  i strzępy należało wysprzątać, jak to czynią dzieci gdy stłuką wazon), oraz obyczajowe – wyłanianie się etosu mieszczańskiego wśród bogatszych warstw najbardziej zurbanizowanej prowincji Holandii.

W drugim (VIII) zbiera pozostałe czynniki, jakie piśmiennictwo przedstawiało dla wyjaśnienia fenomenu ciągłego sprzątania: względy klimatyczne (usuwanie skutków wilgotności), gospodarcze (higiena niezbędna w produkcji serów), filozoficzne (redukowanie transcendencji do świata realnych przedmiotów), etyczno-tożsamościowe (epatowanie bogactwem posiadanym i pielęgnowanym, niekoniecznie konsumowanym, 554), opowiada się za interpretacją rytualistyczną A. Cohena (560-561), która pozwala Autorowi postawić tezę, że dbałość o czystość stanowiła rytuał służący budowaniu poczucia wspólnoty (561) . Wspomniawszy jeszcze „dla porządku” interpretacje psychologizujące, od których się Autor dystansuje, dociera do własnego wyjaśnienia w „teorii czystej szyby”.

Nawiązuje ona do ugruntowanego eksperymentalnie kryminalistycznego modelu zachowań społecznych zwanego „teorią stłuczonej szyby” (Kelling, Coles, 1996), według której tolerowanie drobnych zakłóceń porządku publicznego („wybicie szyby”) obniża szybko poziom samokontroli społecznej i stwarza atmosferę przyzwolenia na naruszenia porządku, co doprowadza do jego zachwiania. Z tej teorii została zaczerpnięta słynna reguła działania burmistrza Nowego Jorku Giulianiego („zero tolerancji”). Autor formułuje w odniesieniu do sprzątania podobną zasadę, ale pozytywną: powszechnie obserwowana troska o porządek („czyste szyby”) wzmacnia u wszystkich motywację do sprzątania, co wytwarza trwały i powszechny obyczaj.

Ostatni, IX rozdział gromadzi obserwacje najnowszych przejawów fenomenu sprzątania, również jeszcze realnego, choć już nie tak gorączkowego, przede wszystkim zaś jego stereotypowe i mityczne echa w sztuce i piśmiennictwie.

Wywód zamyka lakoniczne Podsumowanie, które zbiera argumentacje objaśniające fenomen, ale się właściwie od nich dystansuje i jako pewny wynik swoich badań przedstawia jedynie udowodnienie, że holenderski obyczaj sprzątania nie jest narracyjną kreacją  na gruncie topiki, ale funkcjonował realnie i określał ówczesne życie.

Książkę zamykają dwa długie streszczenia obcojęzyczne (niderlandzkie i angielskie), obszerna bibliografia podzielona na wiele działów, spis ilustracji i indeks nazwisk.

Uzupełniając prezentację treści trzeba na użytek czytelników książki zwrócić uwagę na pewne błędy i usterki, rzucające się w oczy podczas lektury.

Pisząc na s. 55 „w centrum używano rozmaitych dialektów niderlandzkich, na południu panowały niderlandzko-dolnoniemieckie dialekty pogranicza” – Autor błędnie przedstawia stosunki dialektologiczne; całe bowiem Niderlandy (bez odrębnej językowo Fryzji) to dialektologicznie obszar dolnoniemiecki, Północ jest dolnosaksońska, Południe – dolnofrankońskie.

Autor myli się w przywołaniu wiary, nadziei i miłości jako „trzech cnót kardynalnych” (s. 511) – to są trzy cnoty teologiczne.

Za usterki można uznać niezbyt trafne rozstrzygnięcia terminologiczne:  

  • Kraj Nizin, passim; w geografii raczej używa się opozycji: Dolny – Górny (np. Śląsk), więc może też Dolne Kraje (dla Lage Landen), a Kraj Nizin dla Nederland
  • 27 huisvrouw (Zawód: pani domu > gospodyni domowa)
  • 58 Hollandse Maagd – Holenderska Dziewczyna (tak jak Dziewczyna Orleańska?)
  • 60 Batawska przeszłość służyła więc jako rodzaj exemplum, które widziano nie tyle w samej historii, ile w sytuacji politycznej,  > raczej prefiguracja
  • 66 Izba retoryków > rederijkerów; – to dotyczy całej twórczości; zwracam nieskromnie uwagę, że wprowadziłem spolszczenie „rederijkerzy” w Słowniku pisarzy niderlandzkich (1999) i do Wielkiej Encyklopedii Powszechnej PWN (2005), więc ignorowanie go należało przynajmniej uzasadnić

Między błędem a dyskusyjnym stanowiskiem mieszczą się powierzchowne, niepełne lub skrótowe konceptualizacje, których kilka wypada omówić bliżej.

Ocena procesów społecznych w kategoriach walki o władzę (perspektywa marksistowska), nie zaś skuteczności działania, wynikającej ze zgodnego przyjęcia pewnych rozwiązań. Konwencja walki wymusza myślenie w kategoriach wygranych i przegranych, podczas kiedy normalne (nie wojenne) życie społeczne polega na wspólnym pełnieniu podzielonych obowiązków. Warstwę interpretacyjną książki zakłócają następstwa przyjęcia politycznej i satyrycznej optyki walki o władzę, co powoduje miotanie się między fałszywymi opcjami: albo patriarchat albo matriarchat.

Sprzeciw budzi używanie nacechowanych ideologicznie pojęć: „patriarchalizm” (293), role patriarchalne. To zbyt łatwy model, gdy chodzi o centralność rodziny, która jest zrębem organizacji społeczeństwa (wówczas zwykle nastawionego na wojnę). Należy podkreślić, że  małżeństwo i rodzina są odrębnymi ontologicznie bytami zbiorowymi, skrajny nominalizm redukuje ich istnienie do pojedynczych osób, a to już są inne obiekty: mąż/ojciec, i żona/matka to nie są tego samego rodzaju byty, co wolny mężczyzna i wolna kobieta. Czy badacz dramatu mógłby sądzić, że wyjęcie z dialogu dwu osób kwestii każdej z nich i połączenie każdej roli w jeden tekst stworzy obiekty warte interpretacji mogącej coś wyjaśnić w zachowaniach tych osób?

Przytaczając z Młota na czarownice (451) pogląd „Żenić się jest rzeczą nierozsądną” Autor przeciwstawia mu twierdzenie „Reformacja musiała te poglądy odrzucić.” – Czyżby pogląd z Malleusa był zgodny z sakramentalnym katolickim modelem małżeństwa?

Przypisywanie Reformacji zbawiennych skutków dla podmiotowości kobiet poparte jest mierną socjologią. Przeczy tej zbawienności wykluczenie kobiet z ról w kościele reformowanym, czyli już na wstępie silna reglamentacja udziału w jednym z zasadniczych systemów kulturowych. Następnie przeczy jej także rozwój wypadków, co zresztą sam Autor odnotowuje (s. 482): w wieku XVIII „władza” Holenderek sprowadzała się już prawie wyłącznie tylko do sfery domowej, tam i tylko tam mogły one jeszcze „panować” nad swoimi mężami. – No więc jak to było z tą podmiotowością i emancypacją, skoro „Reformacja” tam zwyciężyła na całego?

Brak solidnego aparatu teorii społecznej nie pozwala Autorowi dostrzec, że to urbanizacja i podział pracy w mieszczańskim małżeństwie wzmacniają rolę kobiet, gdyż stawiają przed nimi większe wymagania prowadzenia skomplikowanego gospodarstwa domowego. Musi ono spełniać wysokie standardy kontrolowane przez sąsiadów i oceniane publicznie;  określanie tego jako „wykluczanie kobiet ze sfery publicznej” i sprowadzanie takiej struktury społecznej do „opresywnych uwarunkowań” kobiecej kondycji (467) jest błędem. Powoduje on niezrozumienie problemu i postawienie chybionego zarzutu Catsowi:

„Jacob Cats, wbrew głoszonej przez siebie patriarchalnej wizji porządku społecznego, w Houwelyck kilkakrotnie nazwał dom księstwem, królestwem i państwem, w którym rządzi kobieta – władczyni”.

Stąd nieuzasadniona bezradność Autora „Z braku źródeł nie poznamy bowiem świadomości, lub raczej podświadomości ówczesnych Holenderek.” (472) A przecież sto stron wcześniej Autor ogłosił takie właśnie świadectwo (s. 377):

„…uznać domki dla lalek za jedne z nielicznych kobiecych „dokumentów ego” epoki, choć będące oczywiście pod silnym wpływem patriarchalnych wzorców i oczekiwań ()”

– i to mimo iż Petronella Dunois i Sara Rothé były bezdzietne, w ich domkach macierzyństwo odgrywa centralną rolę; domek Dunois posiada nawet specjalny pokój służący przyjmowaniu przez położnicę gości – kraamkamer.

Wydziwianie nad tym, że dla kobiety macierzyństwo może mieć wielkie znaczenie wynika z przesądnego przekonania o imperatywnych aspiracjach „zniewolonej kobiety domowej”, która jakby tylko marzyła o zażywaniu wolności na statku płynącym do Indii, albo pragnęła ginąć młodo w bitwach, porzuciwszy dzieci, by wychowywały się same na ulicy. Jeśli utwór jest skomponowany na bas, tenor i sopran, nie należy go wykonywać trzema sopranami i twierdzić, że to jest ten sam utwór, w którym jedynie przywrócono dziejową sprawiedliwość. Potrzebne są inne narzędzia niż jednostkowe świadectwa: abstrakcyjny poziom analizowania struktury społecznej.

Na pomniejsze usterki składają się luki w przedstawieniu problematyki, np. brak wzmianki o średniowiecznym systemie opieki społecznej, który w większości został po prostu przejęty i dzięki temu po rewolucji „doprowadził do powstania unikalnego jak na owe czasy systemu sierocińców, domów starców i szpitali” (75). Podobnie nie mówi Autor o średniowiecznej tradycji samorządności w miastach niderlandzkich – już od poł. XIII w.; bez niej republikanizm by się nie pojawił tak szybko i tak łatwo nie ugruntował. Częsty a wręcz powszechny jest zwyczaj w naszych pracach naukowych, że zestawienia liczbowe, procenty (np. s. 622) pozbawione są interpretacji statystycznej, przez co niewiele znaczą.

Dodajmy wreszcie pewne wątpliwe twierdzenia. Kościół opróżniony z rzeźb (s. 517) Autorowi „kojarzy się nie tyle z pustką, ile właśnie z czystością”. To jednak subiektywne odczucie; por. polskie przysłowie „Pusto jak w kalwińskim kościele” (Adalberg, Kalwin. Kalwiński 2).

„Widoczne na obu obrazach miotły zdają () odwoływać się do domowości jako sfery typowo kobiecej. Warto zauważyć, że pełnią one tutaj jedynie funkcję genderowego atrybutu, gdyż zarówno wnętrze chaty, jak i podwórze raczej trudno zaliczyć do czystych.” (326)

Utożsamianie domowości z kobiecością, nie z rodziną, traktowanie domu jako więzienia, nie zaś miejsca bezpiecznego wspólnego życia i wychowywania dzieci – to największe błędy tej książki.

Jako chybione należy określić pewne nieadekwatne zobrazowania.  „Przestąpienie progu holenderskiego domu stanowiło kolejny rytuał przejścia, rite de passage” (129). Zbyteczny termin, niepotrzebnie rzucony w odniesieniu do obyczaju o wiele niższej rangi niż inicjacja do dorosłego życia.

Choć znakomicie zna język niderlandzki, Autor nie ustrzegł się przed błędnymi przekładami jak np. kiedy mówi o szorowaniu progu zamiast podestu, albo nie używa na s. 203 terminu beginaż na określenie „świeckich kobiecych stowarzyszeń religijnych”, lepiej: wspólnot.

Omawianą monografię Autor znakomicie obronił w 2014 roku jako książkę habilitacyjną. Dowiódł nią nie tylko, że potrafi sformułować nowy problem o dużym zasięgu, ale umiał się zmierzyć z nieplanowanym przyrostem materiału badawczego, i na tyle zapanować nad ogromem obserwacji, aby je poddać sensownej interpretacji. Jak to często bywa w badaniach korpusowych polegających na obserwacji, dopóki nie wiemy, czego szukamy, to jakoś nam to nie wpada w oczy i dopiero kiedy mamy trop, znajdujemy poszukiwany obiekt gdziekolwiek spojrzymy, także tam, gdzie wiele razy patrzyliśmy wcale go nie widząc. Autor zwycięsko zatem wyszedł z przygody ucznia czarnoksiężnika, który nie potrafił poskromić mioteł.

Cenne jest to, że Autor, aczkolwiek mocno zafascynowany modnymi szkołami eksperymentującymi z regułami naukowości, potrafi zdobyć się na krytycyzm wobec spekulacji i rozwiązuje problemy sięgając do rzetelnych narzędzi nauk, które w doborze i konstruowaniu swych obiektów nie kierują się chęcią zmieniania świata, lecz jego rozumienia.

Na plus zapisuję Autorowi zachowanie krytycyzmu wobec Autorytetów, kiedy ma do czynienia z przypadkami kompletnej historycznej ignorancji i socjologicznej bezmyślności (S. de Beauvoir, s. 482, niektórzy wojujący artyści płci obojga).

Autor dzielnie próbuje też zająć dystans wobec psychoanalizy (np. przyp. 243), jednak czyni to niekonsekwentnie (s. 171 „symptomy zbiorowej nerwicy natręctw”), i jednak niesłusznie stwarza wrażenie, że ulega w sumie tej efektownej frazeologii umieszczając nawet w podtytule książki słowo obsesja. W toku wywodu doszedł przecież do bardziej sensownego wyjaśnienia obyczaju agresywnego sprzątania w sferze symbolicznych środków kreowania grupowej tożsamości protestanckiego mieszczaństwa (s. 561, za A. Cohenem). Jednak do tych środków nie należy jawne i zbiorowe uleganie obsesji, ale ostentacja. Mieszczaństwo powtarza tu schemat  arystokratycznej autokreacji drogą pielęgnowania ostentacyjnej konsumpcji, w której forma przeważała nad funkcją żywieniową, nakładając właśnie na nią funkcję symboliczną.

Widział to nawet bystry ówczesny obserwator, którego świadectwo Autor przytacza, ale nie wykorzystuje, choć wiele razy pewne argumenty odrzucał, gdyż nie znajdowały one potwierdzenia w źródłach z epoki. Oto polski podróżnik Franciszek Bohusz pisze o okazałych i wymuskanych kamienicach bogatych Holendrów (s. 144):

nigdy w nich gospodarze nie mieszkają. Chowają je na szerszą ostentacyą, sami nocując i bawiąc się w szczuplejszych i do jam podobnych stancyjkach.

Szkoda że Autor tylko zasygnalizował możliwość rytualistycznej interpretacji fenomenu sprzątania, ale odsunął od siebie dalsze badanie w tym kierunku i wrócił na ścieżkę referowania psychoanalitycznych spekulacji. Mogą one mieć jakiś pozór racji w przypadkach indywidualnych schorzeń, przynajmniej efektownie je nazywając, ale używanie tego aparatu do opisu procesów społecznych jest doprawdy stratą czasu. Społeczeństwo nie jest prostą sumą jednostek i o jego funkcjonowaniu nie decyduje stan ducha pojedynczych osób.  

Nie dość czuły na ontologiczną i funkcjonalną swoistość fenomenów społecznych Autor nie rozwinął pewnych idei – jak ta rzucona marginalnie w przypisie 124 s. 485:

Sytuujące się poza językiem symptomy cielesne wytwarzają jedynie histerię lub tekst popędowy, będący poza komunikacją, co prowadzić może do kolejnego tropu, psychoanalitycznego traktowania maniakalności (holenderskich praktyk higienicznych?) jako popędowości niekontrolowanej.

Tu zabrakło Autorowi odwagi w uznaniu znakowości sfery egzystencjalnej, przez co nie dostrzega jej komunikacyjnego wymiaru.

Trudno nie odczuć zawodu, że nie została rozwinięta i choćby skrótowo zastosowana do bogatego i znakomicie przedstawionego materiału obiecująca własna koncepcja „wymytej szyby” (s. 567-568), którą Autor mógł uczynić teorią badanego fenomenu, ale którą pozostawił w embrionalnej postaci.

Piotr Oczko jest bystrym i krytycznym obserwatorem, i nabył dobry wgląd w sprawy historii sztuki, co w połączeniu z lepszym rozumieniem holenderskich kontekstów umożliwiło chwalebne sprostowania błędnych atrybucji obrazów lub ich opisów w publikacjach i katalogach, nawet holenderskich.

Trzeba Autora także pochwalić za troskę o czytelnika, której przejawem jest opatrywanie wszystkich obcojęzycznych cytatów przekładami, co nie jest łatwe nawet przy zwykłych tekstach, a wymaga artystycznego warsztatu przy poezji. Że z przyjemnością się je czyta, nawet znając język oryginału, to mniejsza, ważniejsze jest uzyskanie dodatkowego sposobu na skontrolowanie, czy Autor dobrze rozumie swoje obcojęzyczne źródła.

(2013)

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Polycarp on the screen

On the first last thing: Dialog Śmierci w Ogrodzie Rajskim

Review of the video-performance of a Polish medieval Death drama

dir. by Jolanta Juszkiewicz [1]

Since everyone can watch this video production on the “Kropka Theater” Youtube channel https://www.youtube.com/watch?v=tfXKmaz1vsU , I will skip the reporting part, a must for the performance review, which people can read before watching it.

Everyone in Poland knows the medieval conversation of Master Polycarp with Death, and can remember from school that the teacher Polycarp has a vision containing the appearance of Death as person who answers his questions about what and why she is actually doing (Death is a feminine substantive in Polish). The text was known from a 15th-century manuscript,[2] and its printed version (Krakow 1542) was recently discovered.[3] This is the direct reason for the renewed interest in this venerable literary material, as evidenced by the performance on the stage of the Fredro Theater in Gniezno.[4]

The Polycarp drama text itself does not leave the workshops of Polish philologists and theater historians. The writer of these words has been involved in its research for years, he wrote a chapter about it in a textbook of medieval literature,[5] talked about it at conferences[6] and international congresses,[7] co-edited a collective monograph,[8] with a paper of his own.

Let us trust that this excellent work will be presented at the next congress of the International Society for the Study of Medieval Theater SITM in Prague 2022. Many members of the Society who participated in the Poznań colloquium in 2013 can remember Jolanta Juszkiewicz who presented then her performance about the medieval Polish woman saint Cunegundis.[9]

Adaptation

There are two speakers in the original text, Magister and Mors, but their dialogue is included in the author’s narrative. This role is played in the performance by the off-stage Voice (Głos, Jolanta Juszkiewicz), speaking on behalf of the characters who are actually playing on the stage: Gardener (Ogrodnik), Death (Śmierć), Polycarp, Godfather (Kmotr). This very skillful separating move puts us in the shoes of the reader, listener, audience. So an original window is created through which we get to know the old text. The „window convention” is more or less consciously used by directors of the old repertoire, which, due to the alienation of the old aesthetics, we are not able to watch seriously today as if we were watching an ordinary fictional drama. There must be some distance, quotation marks, a quotation device. 

Often it is the convention of a „folk performance”, where a group of amateurs preparing a  staging of a very old venerable text. Recently, it was successfully used by Mateusz Olszewski in the staging of The Story of the Glorious Lord’s Resurrection (2017 Oratorium Theater), where the precious play is performed by the personnel of the plane carrying pilgrims to the Holy Land. Jolanta Juszkiewicz found a completely new way of distancing herself from the old text, which we perceive today differently than its original audience: she made the text independent of the characters playing, thanks to which the text remains a quotation, and the pantomime of the characters only adds visual realization. The separation of the actor and the narrator preserves the integrity of the narrative text and moves the stage action into the sphere of unreal. It makes it unreal or independent, at least it breaks the fiction expectation, counteracts the fictionality of the play, which enforces the illusion of stage reality.

In the garden

Before our eyes, the Gardener (master of ceremonies) is arranging a modest garden, the Paradise dimension of which is yet to be revealed. In addition to the Master’s plant arrangements, foil garbage arrives at this scene – a mass of used whit foil bags we bring from shops, and which are brought on stage as the components of our death. Our lives are already scattered as apples under the famous tree, and they will also play a role. The audience already knows that the ultimate things will be witnessed, or at least a conversation about them. Among the Catholic Four Last Things (Quatuor Novissima) Death is the first and undoubted one. So this tv-meeting with her will be our vision, as it was for Polikarp / Polikard.

The Voice

Several aspects of this layer of presentation draw attention. An extraordinary innovation is the Prologue part, spoken with a characteristic double-voice: the line, after uttering in an ordinary voice, is repeated by reverberation: echo – the same words spoken while inhaling air. We sometimes hear this in children who recite a poem, and instead of stopping their recitation to take a breath, they continue to recite while breathing in. In this performance it is about something else, I understand it as a director’s attempt to signal the distance, the duality of the text’s status, the circularity of the viewing of another reality, which, after all, happens in our mind: visions come out of it and come back to it from an apparent exterior. It is also an acting method of playing „inspiration”, words that come to us revealed from elsewhere. After all, it is also a visualization of a dialogue that comes from ONE poet, one voice.

The voice boldly deals with the text: not only does it modulate it in an actor’s way, expressing the speech of the character played, but transforms it into the service of the content. We can hear it already in the first scene preceding the spoken Prologue: the narrator, talking about how Polycarp prayed God for a vision of Death in person, imitates Polycarp’s prayer trance, repeating the phrase „he prayed, prayed, prayed, prayed …” until suddenly a short snapshot of the Death appears on screen (Jolanta’s face as half-dead person in bandages). These almost „subliminal” video snapshots during prayer are a good use of the TV method of production.

When Death, already fully revealed, speaks to the Master, she looks and sounds as if she has just been embodied, and is just learning how to pronounce the words: with great difficulty, long and slowly, she utters the word “mistrzu” (O, Master; 13 ”).

In snapshots, when Death shows her bandaged face, she does not speak, but moves her lips slightly, as if generating a voice that we hear from behind the scenes, already filtered through the text, as it was „revealed” to Polycarp / the narrator.

Pantomime

The whole burden of stage acting is borne by Cezary Molenda, who plays three silent roles: Ogrodnik, Master Polikard / Polikarp and Kmotr (from 21:35) – a new character in the printed version of the teacher’s dialogue with Death. Master Polycarp enters in a decorative coat with an appropriately thoughtful expression on his face, but does not accompany us for long, the present adaptation focuses on the newer part of the drama, staging the plot about the new character Kmotr (Godfather): a peasant who meets Death and invites her to be his coming child’s Godmother (which is a well-known fairy-tale theme).

The concept of the Kmotr role is stereotypical: in his behavior he is a perky boy, speaking „peasant language” with recognizable provincial features. The role has successful dance parts – for example, depicting death, which got stuck in the mud (24:30); the episode (27:20) of the Death dance at the baptism party is particularly artistically accurate. A piece of real dancing is produced – Kmotr „puts on” the costume of Death and performs a court dance. I must note that I have a dissenting opinion on the “dance” nature of the dances of death. The death dancing does not imitate any historical dances, as some researchers of danse macabre claim. Here, as a technical convention, this approach can be defended by the fact that it takes place during baptism. It is a joyful feast where people dance, so it is justified that in this case Death is actually dancing something literally, but also metaphorically – because the guests  are killed “in tens”.

The adaptation – focused as it is on the new plot of Kmotr – fortunately retains the penitential framework of the original Conversation of Polycarp with Death. When the Kmotr episode is finished, we see the Master in the ornate cloak again and hear Death giving the last answers. The dialogue ends with a vanitative sigh about abandoning worldly life. The Master takes off his rich robe and prepares to die. Master’s dying is played in two ways: first by approaching the Death costume hanging on a dry tree, and secondly by the actual moment of dying, when Polycarp is wrapping himself in a death shroud, made from the same white plastic thrash bags from which a costume of Death was sewn (36:20). It remains us to have a look at this important element of the presentation.

Death costume

The Death costume is a thrashy white skirt,  sewn in front of our eyes by the Gardener from old plastic bags, under which we all suffocate in our earthly paradise. Death doesn’t appear on stage in any other form but this costume, hanging on a dry tree and rotating freely with the wind. Exhausting the main character’s entire presence on stage, this causes tension and thus deepens the meaning of the visual stream of the whole story. The metaphorical dimension of this particular costume of death, should be placed in the row of various types of representations of death used by painters and poets in the past. Gradually it changed from a corpse (a deceased person as if just fallen asleep), through a rotting transi to a dry skeleton. As a result of this evolution, serious art could no longer follow this path of transforming Death into human form.

In her performance Jolanta invented a procedure that can only be very conventionally called Personification. It is a visualization that does not represent Death, but only simulates it. Only the costume is playing its character, replacing it on stage. The whole semantic content is only in the word that captions this garbage image. But this garbage image is a terrible memento of what our (present) life on earth can become. The very concept of this costume as the only acceptable visual representation of Death today would be aesthetically fruitful enough, while the inclusion in the costume of the great curse of our cluttered times makes the procedure brilliant – I do not hesitate to use this word. This accomplishment exceeds the celebrated motif of the empty foil bag dancing elaborately on the wind, in the movie American Beauty.

The success of this semantic amalgam is even increased by another achievement – of an effective theatrical actualization of an old drama. It occurs unexpectedly, because looking through the distance window as we were, no one could expect such a clear proof that we as humans have the same problem as the poets who 500 years ago wrote about their encounters with Death: that what she has to tell us about herself, we can perfectly know, if we look around us today. You’ll find out (as we read in the drama’s Prologue): „if you want to learn about it.”

_______________________________________________________________________

This review was written first in Polish for the platform teatrologia.pl

Dane o spektaklu:

Adaptacja, Reżyseria, Głos – Jolanta Juszkiewicz

Choreografia, Scenografia, Performance – Cezary Zygmunt Molenda

Montaż – Eryk Lenartowicz

Kamera – Jacek Katos

Muzyka

‘Amor mi sprona’ Alfonso Ferrabosco Sr, wykonanie Robert Rønnes & Choir Playback

‚La Fina’ Giovanni Cavaccio, wykonanie Michel Rondeau

‘Joseph Lieber Joseph mein’ Johann Walter, wykonanie Michel Rondeau

Spektakl teatralny w sieci na podstawie druku ‘Śmierci z Mistrzem dwojakie gadania’ (Kraków 1542, wydał Wiesław Wydra, Poznań 2018)

Dofinansowano ze środków Narodowego Centrum Kultury w ramach programu Kultura w sieci.

© Teatr Kropka Theatre


[1] Dialog Śmierci w Ogrodzie Rajskim, online since 30 July 2020.

[2] Ed. as  ‘Gospodzinie wszechmogący… [Dialog mistrza Polikarpa ze Śmiercią]’, ed. by Roman Mazurkiewicz i Wacław Twardzik (Kraków: Instytut Języka Polskiego PAN, 2006), [repr. in:] Widzenie Polikarpa. Średniowieczne rozmowy człowieka ze śmiercią, 2014: 315–327.

[3] Śmierci z Mistrzem dwojakie gadania, wyd. Wiesław Wydra (Poznań, Wydawnictwo Poznańskie, 2018).

[4] Krótka rozmowa ze Śmiercią, dir. Marcin Liber, premiere 18.01.2020.

[5] A. Dąbrówka, Średniowiecze. Korzenie, „Mała Historia Literatury Polskiej”, Warszawa 2005:340-251.

[6] Rozmowa Mistrza Polikarpa ze Śmiercią – uwarunkowania artystyczne w ujęciu kognitywnym (język, ikonografia, gatunek, techniki przekazu), Spotkania Mediewistyczne 23 (2011).

[7] The Theater of Death in early Polish drama, ref. na 12 kongres Société Internationale pour l’étude du Théâtre Médiéval, Lille 2007; online paper https://www.academia.edu/10661498/The_Theatre_of_Death_in_Early_Polish_Drama .

The birth of printed drama from medieval manuscript: new discovery in the case of Polish dialogue between Master Polycarpus and Death. 16 kongres SITM, Genoa 2019. Paper The birth of printed drama from medieval manuscript: new discovery in the case of Polish dialogue between Master Polycarpus and Death, „European Medieval Drama” 23 (2019).

[8] Widzenie Polikarpa. Średniowieczne rozmowy człowieka ze śmiercią, Andrzej Dąbrówka i Paweł Stępień (red.), Studia Staropolskie, s.n., 37 (Warszawa: IBL PAN, 2014).

[9] Some photos in my blog entry from that time

https://adabrowka.wordpress.com/2013/07/22/teatr-sredniowiecza-w-poznaniu/

https://adabrowka.wordpress.com/2013/10/07/faust-xxi-jolanty-juszkiewicz/

Opublikowano Uncategorized | 2 Komentarze

Obraźliwe skojarzenia

Wobec dyskusji sprowokowanej wypowiedzią prof. Łazińskiego, czł. rady Języka Polskiego (lipiec 2020) na temat niestosowności słowa ‚murzyn” przypominam swoją polemikę prasową w podobnej kwestii, zawartej w recenzji Słownika synonimów, który w zarysie wszedł do tezaurusa Worda 7 (1996).

=====================================================

Red. Piotr Cieśliński
Red. Artur Włodarski
„Biuro i komputer”

Szanowni Panowie,

Artykuł pana Dariusza Ćwiklaka Obraźliwe skojarzenia („Biuro i komputer”, nr 29, 16.07.1996) wymaga sprostowania kilku stwierdzeń.

W części pt. „Polskie kiksy” Autor niesłusznie dziwi się, że słowo „izraelita” jest napisane małą literą, ale tak być powinno, nie oznacza ono bowiem narodowości („Żyd, Izraelczyk” – tu wielkie litery), tylko religię („żyd, wyznawca judaizmu, osoba wyznania mojżeszowego– tu małe litery). Niefortunny jest cały wywód na temat Romów. Słownik synonimów autorstwa Ewy Geller, Ryszarda Turczyna i niżej podpisanego (a w ślad za nim polski tezaurus firmy TiP) nie zawiera w zasadzie nazw własnych, w tym określeń narodowości, gdyż są to zwykle znaczenia niezamienne; ich lista ma charakter bardziej encyklopedyczny niż językowy. Jednakże Autor, pisząc słowo „Cygan” wielką literą sugeruje, że chodzi o narodowość – popełnia zatem błąd, aby nas za niego skrytykować. W języku polskim powstało znaczenie przenośne „cygan” (mała litera) – do niego odnoszą się przytaczane przez Autora synonimy. Podobnie jest ze znaczeniami zawartymi w słowie „murzyn”.


Słownik synonimów jest jak najdalszy od propagowania uprzedzeń. Dotyczy to nie tylko Romów i innych skrzywdzonych, nie lubianych czy tylko skośnookich narodowości, ale wszelkich znaczeń, w których znajdują wyraz relacje międzyludzkie, np. „heretyk” czy „zboczeniec”. Ich dyskryminacyjny podtekst zdradza większościowy punkt widzenia. Mniejszości wytwarzają jednak własne narzędzia językowe przedstawiające świat widziany ich oczami – jeżeli mają dość siły (tzn. funduszy) i czują taką grupową potrzebę, którą wspomaga brak większych problemów. Obecnie na oczach Amerykanów toczy się walka o stworzenie „politycznie poprawnej” nowomowy. Proponowane na gruncie polskim uniki z użyciem słowa „inaczej” już doprowadziły do inflacji satyrycznej („mądry inaczej”, „uczciwy inaczej”). O tym, że w systemie semantycznym języka jest nadspodziewanie dużo równowagi różnych punktów widzenia, można się przekonać zaglądając do Słownika antonimów (wyd. MCR 1995) – np. „Indianin” rewanżuje nam się „bladą twarzą” i kwita.

Dyskutowane zagadnienie „kontrowersyjności słowników synonimów Microsoftu” sprowadza się do oceny statusu znaczeń o negatywnym nacechowaniu stylistycznym (w naszych Słownikach są one opatrzone strzałką w dół, np.: cygan!). Wystarczy zajrzeć do gniazd „mężczyzna” i „kobieta” w Słowniku synonimów, aby zobaczyć, ile okropności ludzie powymyślali tylko po to, aby móc do woli mnożyć „obraźliwe skojarzenia”, a w razie potrzeby obrzucać się takimi „kiksami”! Język jest zbiorem narzędzi, którymi można zarówno wzbudzać przychylność, jak i ciężko ranić – nie tylko atakując słabszego, ale broniąc się przed silniejszym (to zwykle częściej, bo silniejszy ma inne środki). Jedno i drugie składa się na ludzką komunikację. Ubolewanie, ze „niestety i w polskiej wersji znalazło się kilka niezręcznych skojarzeń” wynikać może z niedoceniania faktu rozwarstwienia stylistycznego słownictwa, na co bodaj Tezaurus [polskiego Worda] nie zwraca uwagi osobnymi znakami; przypuszczalnie mści się tutaj narzucony przez Microsoft sztywny międzynarodowy format tezaurusa nastawiony na maksymalną prostotę. Ale żadne cenzurowanie „brzydkich wyrazów” nic tu nie da, gdyż słowo nie jest sprawcą, tylko przekaźnikiem takiej a nie innej intencji mówiącego. Gdy się chce uderzyć, kij się zawsze znajdzie. Nie jest winą klucza francuskiego („francuza”!), że monter, miast naprawić kran, jeszcze bardziej go popsuje, stłucze umywalkę albo zrobi krzywdę koledze.

Nic nie potwierdza postawionej na początku artykułu p. Ćwiklaka „kiksowej” tezy: „Niezręcznych skojarzeń nie brakuje też w tezaurusie, dostarczanym z polską wersją Worda 7.0” [opracowanego przez firmę TiP na licencji Słownika synonimów A. Dąbrówki, E. Geller i R., Turczyna, Warszawa 1993]. Rację ma zatem Autor, kiedy tej tezie zaprzecza w swojej konkluzji: niech każdy odpowiada za swoje skojarzenia, a także za to, co mówi.


Istotnie: za rzadko mówiąc o języku odróżnia się płaszczyznę indywidualnego mówienia od systemu językowego, który istnieje i funkcjonuje niezależnie od poszczególnych jednostek. Chyba zbyt optymistycznie Autor ocenia możliwości „współtworzenia języka”: to się odbywa tylko w wielkiej skali, w zbiorowej aktywności; nie z woli jednostek – choć bywa że i poprzez celny jednostkowy wkład. Ale i on, aby nie popadł w zapomnienie (jak techniczny wynalazek, który nie przebił się na rynek) musi być podchwycony i przyjęty przez komunikacyjną wspólnotę.

Podkowa Leśna, 18/07/1996

Opublikowano books, lexicography, personal, Poland, Uncategorized | Dodaj komentarz

Unikalny – unikatowy

Przypominam notkę umieszczoną w czerwcu 2005 roku na dawnym portalu prezentującym słowniki mojego współautorstwa.

Unikalny – unikatowy

Nie mam zwyczaju wypowiadać się na temat poprawności językowej. Czasem jednak trzeba uzasadnić swoje wybory. Zebrałem poniżej garść refleksji na temat konkurujących ze sobą przymiotników unikalny – unikatowy; od jakiegoś czasu pierwsza forma jest zwalczana jako rusycyzm, na jej miejsce zaleca się formę drugą. Często są przedmiotem sporów z redaktorami, kończących się niekiedy gorzkim stwierdzeniem, że któraś ze stron nie zna języka polskiego. Zajmują stanowisko językoznawcy.

Oto m.in. prof. dr hab. Mirosław Skarżyński pisze w internetowej rubryce polonistycznych porad językowych – cytuję (z zachowaniem ortografii częściowo bezogonkowej) ze strony polonistyki jagiellońskiej.


Ale powaznie rzecz biorąc, przymiotnik „unikalny” jest rosyjskim zapożyczeniem, które rozpowszechniło sie w polszczyźnie, całkiem zresztą niepotrzebne, ponieważ od rzeczownika „unikat” mamy przymiotnik regularny słowotwórczo „unikatowy”, tj. będacy unikatem, majacy cechy unikatu; rzadki, wyjątkowy. niespotykany,…’. Stopien rozpowszechnienia w jezyku ogólnym owej pozyczki rosyjskiej jest jednak dośc duzy i np. w najnowszym „Słowniku poprawnej polszczyzny PWN pod red. A. Markowskiego” ocena poprawnościowa została złagodzona, co ozncza, że nie został on zdyskwalifikowany, natomiast opatrzony uwag: „lepiej” i tu podano synonimy. Nie bylem i chyba juz nie będę zwolennikiem „unikalnego”, uważam bowiem, że nie jest on do niczego potrzebny, zas zapozyczenia akceptuję o tyle, o ile mają one uzasadnienie w brakach leksykalnych języak zapożyczajacego. A teraz, mając te informację, prosze zdecydowac, czy uzyważ „unikalnego”, czy tez nie. Serdecznie pozdrawiam –

Tyle Autorytet krakowski. Już on sygnalizuje zatem pewne osłabienie pozycji normatywistów i łaskawsze spojrzenie na nasz „zakazany owoc”. Dalej jeszcze idą Mirosław Bańko i Maria Krajewska, Słownik wyrazów kłopotliwych (1995, s. 338): „obydwa wyrazy, unikalny i unikatowy, trzeba więc uznać za poprawne, a nawet wskazać na pierwszy z nich jako częstszy [choć od niego] mogą być czasem lepsze () wyrazy bliskoznaczne – wyjątkowy, niepowtarzalny, jedyny w swoim rodzaju”. Oględny jest w potępieniu ‘unikalnego’ Inny słownik Bańki: „Słowo niekiedy oceniane jako niepoprawne” (II: 916).

Całą sprawę można by oczywiście zbyć odwołaniem się do frekwencji: unikalny jest w dalszym ciągu częstszy niż unikatowy, obecnie [2005] trzykrotnie (ok. 150 tys. do 50 tys. użyć w Internecie). Zgodnie ze strukturalistycznym kryterium normy wywodzonej z powszechnego użycia, wyższość formy sekowanej jest oczywista.

Intuicyjnie na tym opiera swoją zgryźliwą filipikę pod adresem normatywistów krakowski profesor historii Stanisław Grzybowski, który ironizuje, że mimo zadomowienia się w języku polskim formy „unikalny”, jednak „znalazł się besserwisser forsujący formę unikatowy.”

Jest mi to stanowisko bardzo bliskie. Znaczna różnica zdań nawet w samym Krakowie jest wiele mówiąca. Można by na tym zakończyć, ale wątpliwości ciągle istnieją i być może kilka uwag jeszcze się przyda w dalszych dyskusjach. Nie przedstawiam tu żadnego studium, tylko komentarz do szczątkowych argumentów, jakie dotarły do moich uszu.

Osoby niechętne słowu unikalny posuwają się do twierdzenia, że znaczy ono w języku polskim „dający się uniknąć(tak jak palić – palny). Nikt tego słowa w tym znaczeniu nie używa – ale co to szkodzi normatywistom? Słyszę też, że przym. unikalny mógłby ktoś zrozumieć jako pochodny od uniku, czyli jak: zodiak – zodiakalny (dotyczący zodiaku); ale co miałby znaczyć utworzony według tego wzoru przym. unikalny – ‘wyrażający unik’? Znowu nieważne jest dla normatywisty, że nikt nie użył tego słowa w tym czy podobnym znaczeniu zależnym od uniku.

A co z unikatowym? Jeśli chcemy utworzyć przymiotnik od unikatu, to mamy do dyspozycji mechanizm typu: silikat > silikatowy, brokat > brokatowy. Ale nie jest to jedyna możliwość. Przede wszystkim, większość rzeczowników o podobnej budowie wcale nie tworzy przymiotników (np. falsyfikat, komunikat, prefabrykat). Inne tworzą je jeszcze inaczej: adwokat- adwokacki.

Mamy wreszcie parę: syndykat – syndykalny, która sprawia, że wywodzenie unikat > unikalny nie jest bynajmniej nieprawdopodobne. Nieco inaczej ma się sprawa ze słowami: pontyfikat, pontyfikalny, to ostatnie tworzy parę pokrewną znaczeniowo ze słowem pontyfikał. Jednakże jako wzór dźwiękowy istnieje w języku ciąg [pontifex,] pontyfikat, pontyfikalny i może to być odbierane jako realizacja schematu leżącego u podstaw pary syndykat – syndykalny. W tych procesach słowotwórczych nie odegrała żadnej roli forma syndykatowy, świeżo ukuta od innego znaczenia słowa syndykat (=konsorcjum firm, nie: związek zawodowy).

Jeśli nawet unikalny jest rzeczywiście zapożyczony z rosyjskiego, to nie stanowi w polszczyźnie żadnego obcego ciała, wpisuje się bowiem w polskie mechanizmy słowotwórcze. Choć nie wykluczyliśmy słowa unikat jako możliwej podstawy przym. unikalny, za bardziej prawdopodobną podstawę uznałbym unicum, spotykane też w spolszczonej formie unikum. Jest to słowo dość rzadkie, ale par wyrazowych o budowie -um > -alny spotykamy bardzo dużo. Reprezentują one rozmaite struktury: muzeum – muzealny; monstrum – monstru-alny; uniwers-um – uniwers-alny; indywiduum – indywidualny.

Nie ma tu niechybnych mechanizmów: od słowa technikum nie ma przymiotnika, a od słowa centrum mamy przymiotniki tworzone na dwa lub trzy sposoby: centrowy, centralny, a do tego jest jeszcze koncentryczny (itp.). Zwyczaje się kształtują zależnie od różnych czynników działających z różną siłą (dynamicznie, nie mechanicznie). Z tego powodu nie należy oczekiwać jakichś absolutnie czystych klas wyrazów, dla których działałyby osobne reguły. Wystarczającym wzorem w naszej dyskusji mogą być takie ciągi wyrazowe (zaczynając od łac. przymiotników):
unicus, unica, unicum > unicum, unikum – unikalny
curiosus – curiosa – curiosum > kuriozum – kuriozalny

Nie potępiam słowa ‘unikatowy’. Uważam jedynie, że unikatowe może być tylko coś, o czym wolno sensownie orzec, że jest unikatem – czymś istniejącym w jednym egzemplarzu, który można wskazać i zobaczyć jako przedmiot jedyny w swoim rodzaju. Ten przedmiot może być zarówno pojedynczy – zabytek, pałac, prezent, sztuka odzieży – jak i zbiorowy: kolekcja, zestaw.

Ale ja nie powiem tak o czymś, czego nie można pokazać jako egzemplarza – zatem o takich pojęciach jak: system, zabieg, metoda, sposób, nastrój, widok. Te rzeczy mogą być unikalne, jeśli robią na nas wrażenie swoją wyjątkowością lub swoistością.

Andrzej Dąbrówka (VI 2005)

Opublikowano Poland, Uncategorized | Dodaj komentarz