Źródło

piosenka kropel wody fotowiersz


I


Budzi się z zimowego
zaspania zasypania


Dopija po kropelce
Ze drżenia rozmrożenia


Wzbiera tocząc się w sobie
Wyżłabia żłóbek w grobie


Namnaża się przez siebie
Ucieka ciekiem w żlebie


Otwiera głazów wrota
I zbawia się w powrotach


By żyznym przepełnieniem
Cucić schylone cienie



II


Póki jest jeszcze słabym Zmokłym
kurczaczkiem Może wsiąknąć w skały
Być wychłeptane przez nienasycone
gąbki mchu Wypite przez zachłanną ziemię
która wiele Żyć musi strawić i zapomnieć
by nowych łaknień liczny chór napoić


Póki jest jeszcze samo w sobie
Płynie do siebie i dla siebie
Głębi studnie w których Samo
ze sobą tańczy w kółko
Prążki i pręgi fal spręża w embriony wirów


Rabuje nasion bank Obnaża z ziemi
Korzenie Huśta się na lianach
Skacze na główkę w swoją toń
a Ubielone wie jak ma Ślad Niebieszczyć
jak Zażółcać gleb brąz jak
Siewek puszcze Zazieleniać
Jak grać i ciche kołysanki śpiewać


III (kołysanka)


Dopiero gdy wypłynie z siebie
Jako większy strumień
I go zarybią pstrągi słońc
Dosiądą ośmionodzy
Pływacy wodniacy
Wolni ptacy
Różni mali rodacy


– To już nie zginie to dopłynie
W świat daleki na łono rzeki
Ta w potrzebie przyjmie do siebie
I Wandali na tratwach z bali
I Pieski uczepione kawałka deski
I Krowy którym widać tylko głowy
I Konie z rzemiennym podogoniem
Spłyną i Łowcy w skórze owcy
I Powodzianie spóźnieni na śniadanie


IV


Lecz nim utonie w czymś większym od siebie
na równinie
Za drogowskazem tęczy idzie z ziemi w nieba
i z powrotem
Najprostszą z osiągalnych dróg między światami


Spływając |
_______w dół |
________wytycza |
_____________drogę |
____________ wzwyż |
_____gdzie ma rząd |
________ pion |
bóg gór |


  1. (kliknięcie otwiera galerię powiększonych obrazów)

2. (kliknięcie otwiera galerię powiększonych obrazów)


3. (kliknięcie otwiera galerię powiększonych obrazów)


Zdjęcia © A.Dąbrówka 6 sierpnia 2011

Tekst © lipiec-sierpień 2015


Opublikowano art, Bieszczady, mountain lakes, nature, personal, photography, poetry, Poland | Otagowano , , , | 3 komentarzy

Combinations in tandem – photopoems by Oneida Cramer

Strong relations between pictures and poetry are nothing new in literary and art history. It is difficult to find a self-respecting poet who had not written once a poem inspired by a painting: preferably a very famous one, by an Italian, Flemish or Dutch master. There are thousands of poets with ca 50 000 poems identified by Gisbert Kranz in his 3-vol. study and anthology Das Bildgedicht (1981-1989) – the numbers must be much bigger by now.

In this type of poetry the painting is earlier, its literary echo comes later and aways from another author, not the painter. So it is a meeting of two artists resulting not in a conversation, a literary response to the visual composition. In most cases the poem is re-telling the narrative motifs and is reading the messages encoded in the visual artwork.

Quite different was the emblem poetry where the visual and literary concept were developed together for a given project, sometimes by the same artist. Here both codes belong closely together, one message is incomplete without the other. The drawing is mostly an illustration for the motifs told in the literary part of the emblem. If anywhere, it is here we get a real conversation. between two different artists, or even two artistic workshops and esthetic attitudes within one artist.

With the invention of photography two things happened, dividing the art according to different technologies: analog printed photos by professional photographers started to be used as earlier paintings were used for poets’ inspiration. The digital photography brought quite a new quality. Displaying the photo on screen allows for a better insight in the details of the picture, which can be studied more thoroughly. So it can have a better impact on the author who may feel the call to continue the editing of the picture by adding something more than a caption. If we remember that giving a caption to the picture was the privilege and obligation of any painter and photographer anyway, we realize that both the bildgedicht and the photo-poem have their origin in the naming gesture of the visual artist. Poets follow them more or less cunningly.

So this is where we are looking at the book of Oneida Morningstar Cramer (click for examples): a professional photographer who wanted to go beyond a simple naming of her photographs developing them into poems. Once or twice we can recognize this pattern in one-line texts that could do as captions, e.g. in: An Enigma in Orange, Ocean canyon ambush, or Stage Backdrop Drama – the latter’s spreading the words over the space transforms it into a playground for the eye of the beholder, forced to move throug the furnished living room.

Contrary to the practice of the arts, where the caption stays off the picture, and only the signature of the painter is put on the irrelevant piece of the presented world (not on the main figure’s forehead), Cramer’s poems step fully on the photos, filling their „less important” areas void of details. In some cases the Author breaks the routine of keeping the picture’s borders as the work’s delineation, and the texts exceed the picture’s dimensions, staying outside of it or being given an additional empty black frame as writing space.

The common solution however merges the texts with images, to guarantee the unity of the photopoem at the cost of the independence of both contributing components – or ingredients, to follow Cramer’s culinary metaphor for photo-poem: „a work as a whole, where taste and aroma become the drink”.  The in-tandem metaphor is also valid, because both esthetic players  – word and image – are an inseparable pair. The internal unity of Cramer’s photo-poems follows from the minimal (almost no) distance between looking and reading: the cognitive loop can be most effective thanks to minimalizing the time lapse between the moments of understanding the picture and the text, and keeping them constantly in the same focus of attention. It is indeed a drink whose taste we can feel at the same time as we feel its smell.

The accompanying poems differ in their character no less than the images. The ways of topicalization cover the many possibilities between simple paraphrasing of a visual motif, and its more abstract treatment: epigrammatic (e.g. My admiration…, When techno meets techno…, Ode to a dying elm), philosophical (e.g. Antique the pages…, Watching goldfish…, Sun and rose), and a general lyrical reflecting (e.g. Down my alley, In poetic vision, Winter dress). Most from numerous flower or nature poems represent the simple first type (On a peach rose petal…, White waves…,  and many more). There is one perfect Dinggedicht on the tuning fork (The art of precision…) whose photo, however, perfect as it is, does not participate in the poem’s content in the way of visual poetry.

In the choice of presented objects there is no program, they vary from a landscape panorama to the smallest detail revealed by macro-photography. The first two poems already show this frame, which is kept more or less consequently through the whole volume, with its many panoramic shots, scenes with acting people, separated by close-ups of leaves, petals, drops and insects.

A collection of outlooks with meanings, meanings of outlooks.

A. Dabrowka
23 July 2015



Oneida Morningstar Cramer, Idealism is an attractive flower,
Eudora Publishing Company, Dallas 2014.



Opublikowano art, photography, poetry | Dodaj komentarz

Bizancjum i Grecja: drugie oko Europy

W pałacu polskiej mediewistyki profesor Małgorzata Dąbrowska zajmuje własną komnatę bizantyńską. Opowiada w niej pasjonującą i smutną historię upadku wielkiego chrześcijańskiego cesarstwa, zniszczonego w ciągu paru stuleci przez trzech głównych wrogów: muzułmanów (z Turcji), katolików (z południa Europy) i wewnętrzne waśnie. Miarą tego upadku niech będzie fakt, że kiedy pół wieku po upadku Konstantynopola umierał prawowity dziedzic cesarskiego tronu Andrzej, jego żona nie miała pieniędzy, żeby mu wyprawić pogrzeb.

Na ogół czytanie historii nie przysparza nikomu radości i częściej chyba sprawia satysfakcję typom złośliwym niźli ludziom dobrym. Przypadek Bizancjum jest jednak szczególnie przygnębiający z powodu nasilenia aury bratobójczości i samobójczości, bowiem one jakoś mocniej bolą niż zwykła wrogość ze strony obcych, po których zwykliśmy nie spodziewać się niczego dobrego. O ile zatem nas nie zaskakuje i wobec tego aż tak nie gorszy ciągłe nękanie Greków przez Azjatów, to  napaści ze strony zachodnich Europejczyków wydają się nieuzasadnione a więc podłe.

Zgodzę się łatwo na zarzut, że uprawiam pięknoduchowskie marudzenie, ignorując nagminność wojen wewnątrz katolickiej Europy, a nawet samego zachodniego Cesarstwa. Skoro się między sobą wyrzynali jak dzicy, to czemu mieliby być bardziej posłuszni ludzkim odruchom i boskim przykazaniom w stosunku do „schizmatyków”? Dlaczego to rozumiem, a jednak nie umiem im tego wybaczyć?

Czy niepotrzebnie czuję zastępczy wstyd, że zabiegi Greków o sojusze z łacinnikami pozostawały zwykle bezowocne, nawet jeśli przyjmowali rzymskie wyznanie wiary, jak Jan V Paleolog?

Czy się zanadto wzruszam, kiedy czytam jedno z najładniejszych zdań tej książki, o synu Jana Manuelu II, który w swoich zabiegach nie był wprawdzie gotów pójść aż tak daleko jak ojciec, ale był nie mniej aktywny.

Jego prawosławne serce ugodziła jednak strzała łacińskiego Amora. Nie znamy imienia młodej damy, z którą związał się prawdopodobnie podczas niewoli w Wenecji w 1370 r., ale to ona była kobietą jego życia, matką ukochanej córki, Izabeli-Zampii, oraz kilkorga innych dzieci, które zmarły w dzieciństwie. (s. 227)

Cesarz-intelektualista wykazał się zdaniem Dąbrowskiej zarazem władczą odpowiedzialnością jak i autentyczną ludzką wrażliwością, kiedy zastanawiał się nad swoim położeniem w Dialogu o małżeństwie mającym formę rozmowy syna z matką:

…Manuel pytał Helenę Kantakuzenę Paleologinę o sens ożenku, gdy państwo jest w beznadziejnym stanie. Wskazywał na odpowiedzialność ojcowską związaną z wychowaniem i wykształceniem dzieci, ich chorobami a także śmiercią i opłakiwaniem aż po grób. (s. 227)

I z drugiej strony, Grecy też nie byli barankami. Oprócz tych, co liczyli na pomoc z Zachodu, byli i tacy co może zbyt łatwo godzili się na uznanie tureckiej zwierzchności woląc „Turka od Papieża”.

Czytając książkę Dąbrowskiej o upadku dawnej Grecji bizantyńskiej dzisiaj, a więc w dobie finansowego krachu Euro-Grecji, nie sposób uwolnić się od pytania, czy jest między tymi dwoma zdarzeniami jakiś związek. Sami się wszak zastanawiamy, czy niedobór myślenia państwowego w Polsce nie jest zatrutym owocem dwóch stuleci braku własnego państwa. Wobec tego czy dwakroć dłuższy okres zniewolenia Greków nie sparaliżował jeszcze silniej i na dłużej ich myślenia o państwie?


Małgorzata Dąbrowska,
Drugie oko Europy. Bizancjum w średniowieczu,
Wrocław 2015, http://www.chronicon.pl


Opublikowano Bizancjum, books, Byzantium, Grecja, Greece, literature, medieval studies, mediewistyka | 7 komentarzy

Migaj szydło

SZEWC I KRASNOLUDEK
przełożył Andrzej Dąbrówka

W pradawnych czasach mieszkał w Woltersom jeden szewc, co umiał bardzo ładnie śpiewać. Słychać było w całej wsi, a zawsze był jednakowo raźny i wesoły.

Ludzie dziwili się temu nieraz, bo chłop był biedny jak mysz kościelna. Jego jedynym bogactwem była żona i kupa dzieciarni. Pewnego razu tak się zrobiło źle, że dzieciaki poszły na dwór głodne. Tamtego dnia majster nie śpiewał i to było pierwszy raz. Dlatego sąsiad zaraz się go zapytał, czy coś się stało. To się stało, że stale niepogoda i długie dnie, odpowiedział. I sąsiad odszedł z kwitkiem. Ale bieda tak go w końcu chytrze przydusiła, że postanowił iść do brata, co mieszkał w Zaandbulten koło Schewol. Tamten nie miał dziecka ani żywej duszy na świecie i spał na pieniądzach; powinien dopomóc. Ale tak się do tych bogactw przyczepił jak rzep do psiego ogona. Dlatego szewc szedł do niego bez wielkiej nadziei. Skończyło się gorzej, niż myśleli szewc i szewcowa, brat po grubiańsku pokazał mu drzwi. Szewc pokręcił się jeszcze trochę, czekał, może się brat pomiarkuje, ale drzwi się nie otworzyły i w końcu musiał wracać. Zrobił się wieczór, a jakby o dwunastej był jeszcze blisko jeziora Dammeer, to byłby z nim koniec. Tam miał siedzibę diabeł, a czarownice tam pływały baliami jak łódkami, oni tam się bawili i nikogo nie przepuszczali. Najpierw musiał jeszcze przez las. Księżyc świecił jasno i na polanie zobaczył tłumek krasnoludków, wszystko to były takie czerwone ludziki w spiczastych czapeczkach. Czegoś takiego nie spodziewał się szewc. Stanął, nie miał odwagi zawrócić, bo nie był z tych najśmielszych. Ale musiał iść, żeby przed dwunastą minąć Dammeer. Przekradł się parę kroków dalej i – czmych! już ich nie było, zauważyły go. Poszedł dalej, ale rozglądał się na wszystkie strony. Koło grubego pnia zobaczył jeszcze jednego: biegał i zmartwiony czegoś szukał. – Zgubiłeś co, zapytał szewc. – Tak, odpowiedział krasnal, zgubiłem swoją czarodziejską różdżkę, a muszę ją mieć z powrotem. – To ci pomogę powiedział szewc i obaj zaczęli szukać. Szewc znalazł różdżkę. Jaki był ucieszony ten krasnoludek! – Skoro jesteś takim dobrym człowiekiem, spotka cię za to hojna zapłata – powiedział. – Przydałoby się – na to szewc. – Tam pod tamtym drzewem jest jama zasypana chrustem i liśćmi: pod spodem są drzwi. Przyjdź jutro wieczór o tej porze i weź ze sobą garniec. Jak zapukasz do drzwi i powiesz: Dźwierzaj, dźwierzaj na ścieżaj otwórz się – to drzwi się otworzą. A jak powiesz: Dźwierzaj, dźwierzaj ze ścieżaj zamknij się – to się same zamkną. W żadnym razie tego nie zapomnij, bo byś się stamtąd nie wydostał. I zapamiętaj, wolno ci zabrać za jednym razem jeden kubeł, nie więcej.

Szewc to przyobiecał, podziękował brodatemu człowieczkowi i poszedł do domu. Następnego wieczoru był tam z powrotem. Pożyczył garniec od sąsiada i wszystko wydarzyło się tak, jak przepowiedział krasnoludek. Drzwi otworzyły się od razu same, gdy tylko powiedział: Dźwierzaj, dźwierzaj, na ścieżaj otwórz się! Wszedł do dużej jaskini. Wszędzie stały stoliki i ławy, a na żyrandolu paliło się mnóstwo świec. Na ziemi stało dwanaście beczek złota. Kiedy miał pełny garniec, znowu otworzył sobie zaklęciem drzwi i jak już był na dworze, powiedział znowu: dźwierzaj, dźwierzaj, ze ścieżaj zamknij się! Drzwi się zamknęły a on w nogi, żeby przed dwunastą zdążyć minąć zaczarowane jezioro.

Nazajutrz siedział jak zwykle na swoim zydlu i śpiewał na całą wieś:

Migaj szydło, śmigaj igło,

ciągnij nić, trza buty szyć, itd.

Żona odniosła garniec. Na dnie położyli złoty pieniądz, za pożyczenie. Sąsiad zachodził w głowę: Skąd u takiej nędzy złoto? Ale szewcowa też nie chciała powiedzieć. To on zaczął ich podejrzewać. Szewc i szewcowa musieli się bronić i powiedzieli mu prawdę. Sąsiad zrobił wielkie oczy. Na wieczór poszedł też do lasu i przyniósł sobie garniec złota. Niebawem wszyscy mówili, że tych dwóch strasznie się wzbogaciło. W końcu doszło to i do szewcowego brata. Idzie do nich i udaje, że w to wszystko nie wierzy.

To jemu też opowiedzieli. – Co? mówi, złoto? samo złoto, powiadasz? To idę. – Tylko uważaj, co masz powiedzieć, jak będziesz wychodził, żebyś nie został – upominali go jak odchodził. – Nie martwcie się o mnie, poradzę sobie, to drobnostka.

Wziął garniec i wór i poszedł do jaskini. Zrobił takie oczy, kiedy zobaczył to wszystko złoto. Napchał pełny wór, że ledwie go mógł utaszczyć. Tylko… co to też trzeba powiedzieć, żeby wyjść? Otwórz się… otwórz się… bieżaj… wierzaj… Boże kochany, jak to było? Zimny pot wystąpił mu na czoło. Myśli, myśli, ale ani rusz nie może wpaść na właściwe słowa. Siadł przy drzwiach na worku i wtedy po raz pierwszy w życiu pomyślał o wszystkim, co wyrządził innym ludziom, dla tego złota, dla którego teraz musi zginąć z głodu i pragnienia, bo drzwi są zamknięte i nie mają zamiaru się otworzyć. Ani żywej duszy, która mogłaby mu pomóc w tej największej biedzie, ani człowieczka, który był odczuł jego nieobecność. Jego brat pomyślał, że ze złotem poszedł prosto do domu. Dopiero po wielu dniach w Woltersom gruchnęła wiadomość, że zaginął. Szewc i szewcowa w lot pojęli, co się przydarzyło. Musiał zginąć przy tym całym złocie.

Odziedziczyli po nim jego bogactwa. Nigdy już nie zaznali ubóstwa. Razem się zestarzeli i długo jeszcze szewc śpiewał starą szewską piosenkę:

Migaj szydło, śmigaj igło,

ciągnij nić, trza buty szyć, itd.


Baśnie niderlandzkie, opracował Andrzej Dąbrówka; wyd. IBL, 2013.

Informacja o tym wydaniu.

Komentarz bajkoznawczy:

107. Szewc i Krasnoludek (De schonmoaker en ‘t eerdmantje) – Groningen, Woltersum, J. Hopman, przed 1929; druk w transkrypcji gwary miejscowej (dialekt saksoński z grupy pn.wsch.): Huizenga-Onnekes II 41-46.
AT 676 ie, otwórz się!, 390 war., 20 ndl., 35 pol., KHM 142, 182, BP III 137. Zawiera elementy AT 503 (zob. nr 57).
Krasnoludki to tradycyjni stróże skarbów. Zaklęcie tytułowe typu jest zapożyczone, jak cały temat, przy czym następowały zniekształcenia słowa Sezam, jak wszędzie zresztą, co odnotowała Helena Kapełuś w komentarzu do pol. 2. wyd. Baśni Braci Grimm (II 340). Zaklęcia bywają bardziej rozbudowane i stanowią osobny gatunek literatury ludowej. J. van den Haver zebrał z samych ndl. źródeł drukowanych XV-XIX w. 1116 formuł czarodziejskich (Nederlandse incantatieliteratuur, Gent 1964). Średniowieczne zasoby zaklęć z zakresu białej i czarnej magii z obszaru niderlandzkiego zebrał W.L. Braekman, Middeleeuwse witte en zwarte magie in het Nederlands taalgebied (Gent 1997). Pogańskie ulegały chrystianizacji, powstawało wiele łacińskich, mieszanych, w językach narodowych. Od początku towarzyszą literaturom narodowym. Drugie ze staroniemieckich Zaklęć Merseburskich (Merseburger Zaubersprüche, VIII w.) mówi o zamawianiu zwichnięcia nogi u Balderowego źrebaka przez cztery boginie oraz Wodana. Jeszcze w 1912 r. zanotowano pod Brugią zamawianie zwichnięcia końskiej nogi przez jeźdźca: w 7-wersowej formule występuje już tylko Odyn, ale z pewnością jest to owo dawne zaklęcie (Ter Laan, s. 32).

Opublikowano literature, Netherlands, personal, Poland, research | Otagowano , , | 3 komentarzy

The smile of Santiago

Read first the beginning of the story:
The girl from Pampeluna.

I have never been a pilgrim to Santiago, but I did look like one. Otherwise I had not been asked for the way to the Plaza del Castillo in Pamplona by a young guitar owner who saw me consulting the city plan.

It was very windy at +6• and I covered my head with a black hood leaving only the round of my face visible. So I must have looked similar to cloaked people in medieval pictures. Especially if this happened on the Camino de Santiago, leading through the Plaza Consistorial, the very centre of the old town, with its city-hall, not that big, but harmoniously occupying the whole east side of the smallish square (all photos: click to enlarge).

2867Pampeluna-cityhall-kwp

I was myself on my way to the Plaza del Castillo hoping for a sunny terrace there to take some rest and have a drink after visiting the Cathedral with the current big exhibition „Occidens”, arranged in the impressive cloister.

We studied together the city plan and took the wrong way. Following it we were talking about him playing guitar, which I respect very much, because I never managed to learn playing an instrument. If there is a guitar in sight, I’m first to notice it, and not to leave it unmentioned, really.

I was ready to give it up, but he had an appointment „with a friend” there in half an hour, so we had to ask somebody for the right way. Arrived there I invited him to have a coffee and wait together in a bar. He introduced himself to me as Diego.

Having our drinks I asked him about his being not at school in Madrid at this time of the day. He appeared to have finished his studies but hating „big city jobs” he preferred to wander through the world, to South America, earning some food – no money – with his guitar. I gave him my cookie that came with my latte, saying „So you have earned your first coffee and two cookies today”. He laughed happily, shaking the oversized safety-pins in his right ear.

2473diego-kwp

– Diego, you surely must write your own lyrics to sing them accompanying yourself with your guitar.

He took a file of manuscripts from the pocket of his guitar case. They were in Spanish I cannot read, so he explained they were about most simple things of everyday. I encouraged him to go on this way, because this is where poetry can emerge, authentic and interesting for people he wants to play for. It was past two, and he excused himself to make a call to his girlfriend. She was on her way. So he asked me what I was doing here, if I was no pilgrim to Santiago. I told him the reasons of my coming here on business, one day earlier than necessary, staying two days longer than necessary, and how surprisingly Pampeluna I knew only from a Flemish poem I translated 30 years ago became reality. I told him the outline of the poem without mentioning the details. On a piece of paper I wrote down the name of the poet and the title, so he could find it and look for a Spanish translation, and to sing it, in case he liked it.

Then I noticed from far on the empty Plaza a woman walking in our direction. – Your girlfriend is coming.

He looked around. – No, my girfriend’s hair is painted blue.

I haven’t told him that detail from the poem about the girl who painted blue her parrot’s feathers, and yellow – its legs. So I knew something important is going to happen.

We exchanged e-mail addresses. I made a photo of him, and for the second one he displayed the rebellious attitude, biting the pirate banner while sitting between two sails not yet set:

2474diego-pirate

He promised to send me selfies from his travel.

He asked me to make a selfie together. He made one on his cell-phone, and so I made mine.

2475diego-me-selfie

Then he noticed that behind us on the square his girlfriend is talking with somebody.

– Diego, I have to see your girlfriend, and please ask her to let me make a photo of her!

We moved from the coffee table. In two seconds somebody was shouting at us: – Hello, hello!

The bartender was running behind us. Yes, I haven’t paid for our coffee yet and was apparently running away. Diego explained in Spanish what was going on, I gave the bartender 50 Euro telling him I would come back. We run.

She was strikingly beautiful.

2477girl-from-pampeluna

Her hair had many colours, among them the cobalt-blue.

2478girl-face-kwp

I forgot to ask her name. She must have told it to me when we shook hands, but I was too struck with her colorful appearence to think about anything but this coincidence. Should I have asked who painted one side of her bike’s fork and the spokes yellow? Like the legs of the parrot from the poem?

2478girl-yellow

I only made a photo of them both, the guitar player from Madrid and the girl from Pampeluna, they happy to be together on the stage of the Plaza del Castillo, and me glad to actually have experienced the finishing of a poetic story started 90 years ago in Flanders.

2479girl-diego-kwp


© A. Dąbrówka, photos 25. March 2015, text 1 April 2015

Opublikowano art, books, conferences, literature, Netherlands, personal, photography, poetry, Poland, Spain | 4 komentarzy

The girl from Pampeluna

I don’t know if there are many works of art referring to Pampeluna. One of the most important must be the masterpiece of the Flemish poet Paul van Ostaijen (1896-1928), with the French title Spleen pour rire, and with a German dedication to the German couple Fritz and Sophie Stuckenberg whom he visited in 1926 at their Bavarian home. Fritz painted a constructivist (almost cubist) portrait of them both (see below).

Van Ostaijen’s poem in his native Netherlandic (Dutch) tells playfully a story of a girl born in Pampeluna, living now in Honolulu. He paints a colorful portrait of the girl, who is painting herself a parrot, and he shows us her outlook and her ways, only to admit in the end that he doesn’t know her at all. She as well may not have existed, being a somewhat grotesque construct of the imagination, or better a pure word concert of sound and sense associations. According to his autonomous poetics „the girl born in Pampeluna” has been not invented as a fictional figure acting in a story, but made up as a sense-sound-theme for a following variation. The duality of sonic and semantic texture should guarantee the „full sonority” of the poem, that may not be exclusively musical (abstract) nor purely semantic (narrative).

I translated this poem into Polish and published it in 1987 in a collection  containing some 55 poems chosen from all his volumes and his handwritten legacy. See below for the Polish text, and at the end the Flemish original.

I never imagined I would get an opportunity to visit Pampeluna, or even to go there on business. So I have smiled hearing from my Institute’s Director that I could be attending a conference in Pampeluna soon. Our  Institute of Literary Research joined the European Consortium of Humanities Institutes and Centers whose 5th annual meeting is going to be held in Spain’s Navarra, in the latter’s capital Pamplona, scheduled 25-27 March 2015.

The first day of this year’s gathering will discuss “civic humanities” with a focus on aspects of the humanities related to human capacity to create commonality. An objective of the project is to build a network of institutes and civil institutions that work on this topic.

The second day will discuss the financing of humanities’ research. At a time where public resources for R&D are scarce (particularly in Southern Europe), the conference will address and explore ways beyond the conventional financing mechanisms. The aim will be to expose and share specific cases and further discuss how ECHIC may serve to aid the financing of humanities research.

The programme includes keynotes, panel discussions and workshops that will explore both the challenges and concrete strategies to tackle them. The conference will end with the Annual ECHIC Meeting.

Here are the details of the programme.

Ideas we study have the power of relating different language areas and of connecting people with different background. Networks like this may exist merely by semantic associations based superficially on their sonority. But a piece of poésie pure successfully translated in many languages gives a proof that, muchly independent of ethnic surface ways of expression, there is a common language of thought.


stuckenberg-ostaijen


Paul van Ostaijen

 SPLEEN POUR RIRE

Sophie-Fritz Stuckenberg zu eigen

Panny co urodzona w Pampelunie

a teraz mieszka w Honolulu

i w polakierowanej na czerwono klatce więzi

papugę barwy błękit kobaltowy

– pomalowala ją farbą Ripolin

jak powiedziano na niebiesko pióra

na żółto dziób i łapy –

panny z Pampeluny w Honolulu

co wokół długiej szyi ma wianek anemonów purpurowych

na opalowej piersi drobne korale barokowe

i nic na udach

(ptasich piór jej uda nosić nie miały odwagi

tak cieniutkie są jej cienkie uda)

tej pampelunianki co mieszka w Honolulu

nie znam

Priez toujours pour le pauvre Gaspard

Il n’est pas encore mort ce soir


Paul van Ostaijen, Poezje wybrane,
transl. Andrzej Dąbrówka, Warszawa 1987: 97


Spleen pour rire

Sophie-Fritz Stuckenberg zu eigen

Het meisje dat te Pampelune geboren tans te Honoloeloe woont
en in een rode lakkooi gevangen houdt
een kobaltblauwe papegaai
– zij schilderde hem met Ripolinkoeleuren
zoals gezeid de veren blauw
de snavel en de poten geel –
het meisje van Pampelune te Honoloeloe
dat om haar hoge hals heeft een krans van purperen anemonen
op haar opalen borst kleine barokkoralen
en om haar dijen niets
(Vogelveren dorsten haar dijen niet te dragen
zo zeer zijn dun haar dunne dijen)
dit pampeluner meisje dat te Honoloeloe woont
ken ik niet

Priez toujours pour le pauvre Gaspard
Il n’est pas encore mort ce soir

Paul van Ostaijen, Verzamelde gedichten (ed. Gerrit Borgers).
Prometheus / Bert Bakker, Amsterdam 1996, vol. 2 p. 478.

The poem was first published in the monthly journal „Vlaamsche Arbeid” (21) 1926 No 5, p. 178.

http://www.dbnl.org/tekst/osta002verz02_01/osta002verz02_01_0168.php
Opublikowano art, conferences, literature, Netherlands, personal, poetry, Poland, research | Otagowano , , , , , , | 2 komentarzy

Nowy Prezes PAN

W haśle Wikipedii poświęconym profesorowi Jerzemu Duszyńskiemu  jest wiadomość, że „był radnym Podkowy Leśnej”. To trochę za mało. Z bliska to wszystko widziałem i mogę uzupełnić o dość istotne punkty, a nawet to ilustrować własnymi zdjęciami. Była to pierwsza kadencja odnowionego samorządu, wybranego w maju 1990. Jerzy Duszyński wszedł do pierwszego zarządu miasta i był jego członkiem około roku. Duszynski1990-2kwp Na zdjęciu (kliknąć) jest widoczny cały zarząd (wraz z paroma innymi radnymi i ich dziećmi). Sfotografowałem ich pozujących grupowo z tabliczką RADA MIASTA PODKOWA LEŚNA – przybitą do łopaty, którą dzierży pani Burmistrz. Duszyński drugi z prawej. Wasz fotograf asystował tej solidarnościowej ekipie, która wygrała tamte wybory jako Komitet Obywatelski. Sam się politycznie nie angażowałem. Korzystając z odzyskanej wolności założyłem teatrzyk studencki i przygotowaliśmy dwa przedstawienia (Zielona Gęś Gałczyńskiego, i Faust Leszka Kołakowskiego), ale po kolejnych wakacjach towarzystwo się rozbiegło. Wspierałem duchem Jolantę Fortini redagującą gazetkę Wiadomości Podkowiańskie, a piórem Zofię Broniek, która na gruncie gazetki stworzyła Podkowiański Magazyn Kulturalny. Napisałem tam kilka gawęd, zaproponowałem utrzymanie dużego formatu i zasugerowałem czcionkę, co funkcjonuje dobrze do dziś. Ukazało się ponad 70 numerów, wszystko jest już online. Przy tym wszystkim bynajmniej nie byłem daleki od spraw ściśle samorządowych. Będąc mężem swojej żony musiałem ją nie raz cucić i koić jej zdenerwowanie. Przesadny był oczywiście tytuł, jakim mnie żartobliwie obdarzał Ryszard Bugaj, jakobym był „nadburmistrzem”. Sam zresztą był w nieco podobnej roli, gdyż jego żona Marta Zahorska była w tej samej radzie i aktywnie zajmowała się sprawami oświaty. Duszynski-przewRMPL-Engelmajer-kwp Kiedy w 1993 r. ustąpił przewodniczący rady, Duszyński stanął na jej czele. W tej roli widać go na zdjęciu (kliknąć) zrobionym w Podkowiańskim Stawisku – Muzeum Iwaszkiewiczów, które służy Podkowie Leśnej jako reprezentacyjny salon na ważne uroczystości. Scena przedstawia akt przyznania Akosowi Engelmayerowi honorowego obywatelstwa Podkowy Leśnej. Przewodniczący Rady Miasta Duszyński wygłasza laudację, za chwilę Burmistrz Jadwiga Piwońska wręczy dyplom. Duszynski1990-kwp Mam nadzieję, że pan Prezes z rozczuleniem przypomni sobie ową symboliczną chwilę, gdy wspólnie z kolegami dzielnie sadzi kolejne drzewko, i że możemy traktować tamto zdarzenie jako zapowiedź jego przyszłych kroków. Oby one przypominały sadzenie drzewek, i to owocowych, choć może okoliczności wskazują, że to i owo należałoby jednak wykarczować.


© A. Dąbrówka 1990, 2015

Opublikowano personal, Poland | Otagowano , | Dodaj komentarz