Być w Isfahanie

Świtem przybiega przerażony sługa.
– Śmierć mi w ogrodzie grozi, zbiegłem. Panie!
Na szybkim koniu zdążę jeszcze za dnia
Być w Isfahanie!

Dałem wierzchowca. Znikł w tumanie kurzu.
Szedłem w ogrodzie znaleźć winną. Stała
Łagodna. – Groźbą sługę mi wygnałaś
Do Isfahanu!

– Nie groza była na mej twarzy, panie
Ale zdumienie, że w Bagdadzie rano
Spotykam duszę, którą mam wieczorem
Wziąć z Isfahanu.


Wiersz jest szczególnym przekładem z niderlandzkiego. Oryginał czytałem ostatnio najmniej z 20 lat temu. Pamiętałem treść i ostatnio podczas dłuższego wyłączenia prądu po jakiejś wichurze, leżąc przy świecach, o nietypowej porze na sen postanowiłem w pamięci coś obmyślić na modłę antycznych i średniowiecznych poetów, którzy najpierw koncypowali rzecz w pamięci, zanim ją powierzyli pismu. Powstała wtedy ostatnia zwrotka, przypuszczalnie o tej formie, bo nie mogąc jej od razu zapisać, musiałem ją przy świetle od nowa wymyślić. Zawiesiłem pracę nie będąc pewnym, jak oryginał dalej dzielił materię, a w końcu o tym zapomniałem.

Dopiero wczoraj jadąc do pracy, gdy nic ciekawego nie znalazłem na Twitterze, postanowiłem dokończyć rzecz nie dbając o to, czy w oryginale była jeszcze jedna, czy dwie zwrotki. Zdecydowałem się na dwie, które w pół godziny napisałem w notatniku I-phona. Na dyżurze przeczytałem to kolegom z pracowni, a ponieważ gościmy na zebraniach doktorantkę (Grażyna Łabęcka-Jóźwiakowska), na jej użytek objaśniłem eksperyment pokazujący, jak średniowieczny śpiewak operował swoim repertuarem, którego nie musiał się uczyć na pamięć słowo w słowo, ale go dzięki sztuce poetyki i improwizacji odtwarzał w razie potrzeby, mając w pamięci jedynie zarys treści. Pozostawiam ten eksperyment w stanie surowym (nie dopracowane rymy), nie sprawdzam oryginału i nie identyfikuję poety, którego nazwiska nie pamiętam. Niech to się dalej toczy po swojemu.

Dwadzieścia lat temu przekładem małej kolekcji kilkudziesięciu wierszy poetów holenderskich i flamandzkich zakończyłem karierę tłumacza. Część tej kolekcji ukazała się w Kresach 1996.4. Alfabetyczna lista przekładów z niderlandzkiego obejmuje jedenaście książek i szereg publikacji w czasopismach.

Dzisiejszy przekład nie jest do końca nowy, znałem jego podstawę od 30 lat, pamiętałem ją po 20 latach. Więc istotna część przekładu od dawna była w mojej głowie, a może nie tylko. Sugeruje to moja żona. Gdy zacząłem jej dziś czytać, przerwała mi mówiąc: – Znam ten wiersz.

– Nie możesz go znać, bo go wczoraj napisałem.

– To musiałeś mi go opowiadać.



Opublikowano literature, Netherlands, personal, poetry | Otagowano , | 7 komentarzy

Ust twoich słodkie rachatłukum

Ponad dwa lata temu przypomniałem na tym blogu swój przekład powieści Jana Wolkersa Rachatłukum. To nieco zapomniane słowo ma szansę na ponowne zadomowienie się w potocznym użyciu, gdyż oznacza produkt orientalny wciąż znany i ponownie się u nas pojawiający. Kiedyś „nikomu to nie przeszkadzało” że wystawiano go na sprzedaż w polskich sklepach, i kosztowano – nawet na całowanych randkach w parku z niekoszoną trawą, co nam śmiało zdradza wiersz Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej Po cóż jechać do Turcji.

Maria Pawlikowska-Jasnorzewska

Po cóż jechać do Turcji

Kule z puchu wśród trawy błyskają jak świeczki,
i ogród drży marzeniem od haszyszu chorem.
Po cóż jechać do Turcji – Pachnie bez turecki,
półksiężyc blady wschodzi tak jak nad Bosforem.

Za bramą tramwaj dzwoni, kurzu pełno, huku,
tu trawa niekoszona, puchowa, wysoka,
pstry dywan i ust twoich słodkie rachatłukum
i szalik mój zielony, jak sztandar Proroka.

Jak Bej z Perłą haremu samiśmy zostali…
i pić możemy z naszych ócz pełnych zamętu,
ja, pobladła Leila i ty, Mechmed Ali,
najpiękniejszą, najsłodszą z tajemnic orientu!

Tureckiego Khediwa dym w kłębach się waha
i zapachniał do rymu ciemny kwiat nasturcji.
Milczenie jest tureckie, obce — Na Ałłacha!
Po cóż jechać do Turcji ? Do dalekiej Turcji ?

Tamten wpis powstał kiedy Teatr Studio przygotowywał monodram opracowany na podstawie tej powieści, którego premiera nastąpiła w kwietniu 2013. Od tamtej pory Marcin Bosak gra to średnio dwa razy w miesiącu.

Po styczniowym przedstawieniu zaintrygowany zapomnianym słowem i poznanym tekstem Mariusz Kazańczuk zapragnął przypomnieć sobie i dać mi poczuć tamten smak. Bo jeśli dobrze pamiętam, to rachatłukum wcześniej nie jadłem, choć kto wie, czy nie było podane w poczęstunku przy kawie, kiedy asystowałem przy wywiadzie z Janem Wolkersem.

Mariusz Kazańczuk pisze:

14/01/2015 o 00:34 (Edytuj)

Pokrojone w drobną kostkę, obficie obsypane cukrem-pudrem. Ma konsystencję galaretki. Na bazarach Istambułu oferuje się RACHAT-ŁUKUM (nazwa od arab.راحة حلقوم rāhat hulqūm, „ukojenie gardła”) w różnych odmianach: mocno pistacjowe, o smaku granatów, różane, delikatnie orzechowe, z szafranem… Udało mi się dzisiaj kupić dla Ciebie, Andrzeju, jedno opakowanie owego specjału. Obciągnięte folią pudełko przypomina trochę okładkę popularnego wydania BAŚNI TYSIĄCA I JEDNEJ NOCY. Miedziany talerz unosi się, niczym latający dywan, nad wieżami minaretów. Nad tym talerzem, pełnym słodkości, widnieje turecki FEZ, tak modny pod koniec panowania dynastii osmańskiej, z naszytym nań złotym półksiężycem. Tytuł dzieła stambulskich cukierników wydrukowano uroczyście dużymi literami, i też złotymi: TURKISH DELIGHT. Ponieważ nie mogłem otworzyć bombonierki, przeznaczonej na prezent, nabyłem dodatkowo dla siebie 10 deko słynnego przysmaku, kojącego podobno nie tylko gardło, o czym zapewniła mnie miła ekspedientka, ale również podniebienie. Z egzotycznymi zakupami poszedłem do najbliższej kafejki. Kiedy postawiono przede mną filiżankę kawy, sięgnąłem dyskretnie do papierowej torebki, wyciągnąłem z niej kostkę, z której osypywał się cukier-puder… Cóż, dla mojego podniebienia ten smak nie był zbyt wzruszający, ale jednak przyniósł mi UKOJENIE. Podziałał na mnie bowiem tak, jak SMAK MAGDALENKI. Na początku lat siedemdziesiątych, jeszcze jako nieletni chłopiec, nagle to sobie przypomniałem, wybrałem się z moim ojcem do Moskwy, a stamtąd polecieliśmy samolotem do Erewania. Na pokładzie rozklekotanej maszyny AEROFŁOTU panował jakiś dziwny rozgardiasz. Wszędzie unosił się mdlący zapach olejku różanego. Byłem bardzo zmęczony, a o świcie tak zaspany, że nie chciałem nawet wyjrzeć przez okno, by zobaczyć GÓRY KAUKAZU, którymi zachwycał się ojciec. Obudziłem się wtedy, kiedy na moich kolanach wylądowała taca ze śniadaniem, składającym się przede wszystkim z KAWIORU. Później po raz pierwszy w życiu spróbowałem czegoś, czego nazwę poznałem dopiero teraz: upudrowanych galaretek, trochę nazbyt słodkich, ale jakoś przyjemnie przechodzących przez gardło, tak że zaraz chciało się wziąć następną, by tę przyjemność powtórzyć. W ZWIĄZKU RADZIECKIM, gdzie tego doświadczyłem, pod czujnym okiem ojca, RACHAT-ŁUKUM należało do produktów powszechnie dostępnych, bo też i był to KRAJ ORIENTALNY.

Odpowiedz

Mariusz Kazańczuk  pisze:

16/01/2015 o 22:39(Edytuj)

„Rachatłukum wcale nie jest aż takie słodkie…w przeciwieństwie do jego ust” – przeczytałem wczoraj na jakimś blogu kulinarnym. Jednak Maria Pawlikowska-Jasnorzewska pisze o tym inaczej, bo u niej „turecki przysmak” i usta kochanka mają tę samą słodycz. Cóż, co autorka, to inne ujęcie tematu! Spragnieni swych ust kochankowie mogli w ten piątek pójść nawet do parku, bo dzisiejsza iście wiosenna pogoda sprzyjała takim wycieczkom. Ja, co było do przewidzenia, wybrałem się na cmentarz. Powązki Wojskowe opanowali dzisiaj żałobnicy Józefa Oleksego, ale w okolicach grobu mojej matki spotkałem tylko dwie sójki i wiewiórkę, skaczącą wesoło po nagrobkach. Z cmentarza pojechałem do pobliskiej „Arkadii”. Po co? Po 10 dekagramów słynnego przysmaku. Wychodząc z kafejki, tym razem zostawiłem na talerzyku trzy kostki o smaku granatów jako napiwek dla kelnerki. Do tajemnego kręgu miłośników rachatłukum postanowiłem wciągnąć i sąsiadkę Janinę, do której zajrzałem po powrocie do domu. Dawna chórzystka Teatru Wielkiego za kilka miesięcy skończy 99 lat! – Czy pani wie, co to jest rachatłukum – spytałem. – RAFATŁUKUM, RAFATŁUKUM… – powtarzała – to takie rogaliki… – Żadne rogaliki! – przerwałem jej. – Niech pani spróbuje! – Janina spróbowała i przypomniała sobie przedwojenne Wilno. Przy okazji opowiedziałem jej i o Andrzeju, i o Janie Wolkersie. Nie znała tego pisarza w przeciwieństwie do Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, którą zaczęła nawet cytować. W torebce została mi jeszcze jedna słodka kostka. Dziewiętnastego stycznia (to już będzie trzy miesiące od…) zawiozę ją na cmentarz. Mama jej nie skosztuje, ale sójki pewnie nią nie pogardzą, bo wiewiórka bardziej chyba woli orzeszki.


Zgodnie z zapowiedzią, w piątek otrzymałem pudełko rachatłukum sprowadzone z Istambułu

turkishdelight1995-kwp

Jak na galaretkę kostki są dość twarde, niemal jak nasze ciągutki. Żeby kostkę podzielić na kęsy, najpierw trzeba ją przegryźć. Dopiero po chwili połowa, która została w ustach, staje się miękka i można poczuć jej gęsty, ciężki smak.

Zatem już wiemy dzięki odważnej Poetce i zapobiegliwemu Przyjacielowi, że nie trzeba aż jechać do Turcji, aby zakosztować  słodyczy Orientu. Nie trzeba być aż Bejem ani mieć swego haremu z niejedną perłą, wystarczy sobie wyobrazić jak dzielą w ustach słodkie rachatłukum pobladła Leila i śniady zapewne Mechmed Ali. O dziwo, już dość dawno temu sobie ten egzotyczny akt tak wyobraziłem:


Dwujęzycznie

Jak dużo miejsca umie zrobić w ustach
które zdobywa
język

Ile języków się tam mieści,
w miejscu ich spotkania obok siebie,
między sobą, pod nad w poprzek wzdłuż wszerz
wstecz do przodu i z powrotem

Dużo języków
jak ryb w wodzie

*********

Vielsagend offen und un-
sagbar tief ist der willige Ort
der Begegnung zweier Zungen
wovon eine gar nichts empfindet
und nun die zweite das Doppelte

will muss kann möchte soll hätte still-
schweigend erfinden sollen um zu sagen,
aussagen, vorsagen, nachsagen, absagen und zusagen
an der zweiten vorbeisagend hineinsagen
eins sagen

Berlin, 7 lipca 2007


Jak baśni z tysiąca i jednej nocy nie dało się  wszak od razu wszystkich opowiedzieć, bo język by temu nie podołał, tak i słodkiego rachatłukum nie można przedawkować, żeby nie dostać pomieszania. W pudełku z fezem zostało jeszcze kilkanaście kostek. Życie i tak jest słodkie.


Styczeń 2015

Opublikowano books, literature, personal, poetry | Otagowano , | 6 komentarzy

Od jak dawna Nowy Rok liczymy od 1 stycznia?

*

Rachuba czasu. Szczególnym rodzajem tekstu, który w dawnych czasach godziło się znać na pamięć, był kalendarz. Dziś widzimy w nim tylko daty wyrażane liczbami, oraz garść imion, ale kiedyś było inaczej. Co najmniej do XVI-XVII wieku podstawową formą podawania daty, nawet w najbardziej oficjalnych dokumentach, było imię świętej osoby, której pamięć czciła specjalna liturgia dzienna. Mówiło się i pisało: w sobotę przed Andrzejem, na św. Jadwigę, {240} w ścięcie ś. Jana, w niedzielę po nawiedzeniu NMP, w piątek po Piotrze w okowach. Czasami dzień był poświęcony pewnemu zdarzeniu pamiętnemu, jak Boże Narodzenie lub Obrzezanie. To ostatnie święto, znane od VI w., przypadało na dzień 1 stycznia, który od 153 p.n.e. był początkiem roku (przedtem był to 1 marca, pamiątka sprzed VII w. p.n.e., kiedy rok miał 10 miesięcy). Zatem od święta obrzezania – Circumcisio – zaczynać się musiał kalendarz. Ponieważ to był zarazem początek stycznia, Janus, z tych dwu słów – występujących razem w incypicie wiersza Principio Jani fit circumcisio Christi (XV w.) – utarła się nazwa cisiojanus, skąd wyszedł spolszczony cyzjojan. Cyzjojan płocki zaczyna się od słów Nowe lato daj, prawie tak samo jak cyzjojan kłobucki Nowe lato i Krzciny boże, to nam daj wszem nasz Boże. Obydwa kładą więc nacisk na początek roku, nie na święto kościelne, co zgadza się z łacińską nazwą tego dnia w niektórych kalendarzach (dies novi anni). Najwyraźniej już w środowisku, które ukształtowało (wcześniejszy bodaj) cyzjojan płocki, liczono lata według tzw. systemu circumcisio, zaczynając nowy rok od 1 stycznia. Stosowała go polska kancelaria królewska już ok. 1364, powszechna staje się ta praktyka w Polsce ok. 1450 (wszystkie wiadomości o kalendarzu w tym rozdziale podaję za Grotefendem, 1891-1898, i Chronologią polską, 1957). Umiejscowienie Nowego Roku potwierdza polskość tego cyzjojanu, choć jako gatunek jest wytworem regionu sięgającego od południa Niemiec do Polski.

W różnych środowiskach i regionach Europy sytuacja wyglądała rozmaicie. W kronikach średniowiecznych datowanie początku roku na 1 stycznia Grotefend uznaje za rzadkie i podaje tylko przykład kilku datowań u Kosmasa (rok 1099/1100, 1100/1101, 1109/1110). Kroniki czasów karolińskich i późniejsze liczą kolejne lata od Bożego Narodzenia.

W obiegu kościelnym, w kancelariach miast i władców ustalano i przenoszono początek roku na różne daty: 1 stycznia, 25 marca, 25 grudnia, Wielkanoc. W Bizancjum rok zaczynał się 1 września. Znany i w średniowieczu jako początek roku był 1 marca. Styl marcowy stosowały niezależnie od antycznego i niezależnie od siebie różne regiony: Francja Merowingów, Ruś (do XV w.), Wenecja (do 1797 r.). Dopiero na pocz. XVI w. upowszechnia się w Niemczech {241} data 1 stycznia jako początek roku, we Wrocławiu dopiero w II połowie, podobnie we Francji, w hiszpańskich Niderlandach, na obszarze Włoch. W Trewirze i Kolonii dokonano zmiany z 25 marca na 1 stycznia ok. 1630 r. W wielu regionach zmiana nastąpiła dopiero w XVIII w. (Florencja i Piza 1749, Anglia 1753, Wenecja 1797).

(…)

Boże Narodzenie było najstarszą alternatywą dla 1 stycznia, spotykaną już we wcześniejszym średniowieczu (computatio romana) i stosowaną konsekwentnie przez całe średniowiecze w pewnych rejonach (większość obszarów niemieckich, zakon krzyżacki, nadto Mediolan i Genua). Kancelaria papieska, która stosowała od poł. X w. do ok. 1300 system anuncjacyjny (dodając jedynie okresowo do stylu florenckiego styl pizański), wróciła potem do 25 grudnia; XV wiek jest tam okresem współistnienia 25 grudnia, 25 marca i 1 stycznia, który stopniowo zwycięża dopiero w XVII w.: brewiarz rzymski wprowadził zmianę w 1621, zaś kancelaria papieska w 1691.


Fragment 17. rozdziału mojej książki Średniowiecze. Korzenie (Warszawa: PWN 2005, s. 239-241)

Opublikowano research | Otagowano | Dodaj komentarz

2014 in review

The WordPress.com stats helper monkeys prepared a 2014 annual report for this blog.

Here’s an excerpt:

A New York City subway train holds 1,200 people. This blog was viewed about 5,600 times in 2014. If it were a NYC subway train, it would take about 5 trips to carry that many people.

Click here to see the complete report.

Opublikowano Uncategorized | Otagowano | 1 komentarz

Deszcze sprawiedliwości

??????????????????????????????? ??????????????????????????????? ??????????????????????????????? 027hues-of-dew-oak-dkwp  019hues-of-dew-oak-d2wp  ???????????????????????????????

Nie wiem, czy ktoś ma równie ważny tytuł, aby uważać się za rzecznika deszczu. Może jakiś autor książki hydrologicznej na temat opadów atmosferycznych? Albo tamten pisarz flamandzki, który „potrzebował dwóch stron, żeby napisać, jak strasznie padało”, co mu wypomniał złośliwy młodszy kolega oszczędniejszy w słowach? Ja potrzebowałem siedmiu stron, wprawdzie nie zapisanych po brzegi, tylko pokreskowanych krótkimi wersami, ale zajmujących w sumie arkusz. Łatwiej mi aspirować do roli rzecznika deszczu mając jeszcze jedną przewagę nad wymienionymi pisarzami, mianowicie jeszcze żyję i nie waham się z tej przewagi skorzystać.

Przypominam o tym z dwu powodów. Podczas rozmowy ze mną w Domu Literatury Piotr przytoczył kilka charakterystycznych linijek z cyklu Deszcz, m.in. to:

Mówi się: grozi deszcz

A deszcz nie grozi,

deszcz lituje się nad dziobkami zziajanych ptaków

nad ogorzałą twarzą ziemi

nad przepoconą sierścią pól

Zresztą i Maria Brzezińska o to mnie pytała w swoim reportażu, co sprawiło, że przeczytałem tam wiersz o deszczu zwołującym orkiestrę – można to odsłuchać w nagraniu audycji umieszczonym na mojej stronie.

Drugi powód był świeższy. Na Twitterze naskarżył na trwające deszcze p. Sebastian Cybulski,

na co szybko zareagowałem

Ze względu na wymaganą krótkość moja odpowiedź była nieco zagadkowa. Dociekliwy czytelnik mógł jednak pójść zostawionym tropem – cytatem o chmurach sprowadzających w deszczu Sprawiedliwego, nubes pluant justum. Fraza stanowi część refrenu pieśni adwentowej Rorate coeli (Niebiosa spuśćcie rosę), którą Kościół śpiewa w oczekiwaniu na Boże Narodzenie.

Ze wzruszeniem wczytuję się od niedawna w tę starą pieśń, bo fotograficzne roraty (Doing things with dew-drops) wypełniają niejedną stronę moich blogów i inspirowały kilka fotowierszy.

???????????????????????????????

077dew-drop-kwp 081dew-drops-kwp 083dew-kwp 085dew-kwp 085dew-dwp

W refrenie antyfony Rorate caeli, śpiewanym przez wszystkich, przez cały więdnący świat, bardzo śmiała metafora w całości zastępuje treść misteryjną – oczekiwanie Ludu na upragnionego Zbawiciela. Oczekiwanie znajduje wyraz w codziennym obrazie natury potrzebującej życiodajnej wilgoci. W imieniu natury Lud prosi o ratujące życie skraplanie się rosy i opady deszczu. Jednak urzeczywistnieniem tego zraszania jest „Sprawiedliwy”. Jego wezwanie przenosi metaforę rosy i deszczu w domenę Inkarnacji, co sprecyzuje dalsza część antyfony (Baranek). Adresatem refrenu są niebiosa w obu swoich znaczeniach – dosłownym i przenośnym, stopionym w jedną siłę. Trzy psalmiczne części – lamentacyjne i pokutne – roztaczają obraz udręki stworzenia, wyrażają jego marną kondycję zeschłych liści gonionych wiatrem,  i kończą błaganiem już nie o metaforyczny deszcz sprawiedliwości, ale o Baranka panującego nad światem. Ostatnia responsoryjna strofa nie pozostawia wątpliwości, kto jest właściwym adresatem – ten, którego słyszymy jak pociesza (Consolamini, consolamini popule meus) i obiecuje rychłe zbawienie (salvabo te).

Niezwykła siła poezji liturgicznej tkwi w jej dialogowości. Wszechobecna i swobodna rozmowa między Bogiem a ludem, w której zmieniają się pierwszoosobowe wypowiedzi. Wiadomo kto mówi: pociesz się mój ludu. Wiadomo że jeśli mówi, a my ten głos słyszymy, to jest on bliski.

Zapisuję sobie do planów badawczych kwestię dialogowości w liryce, która mnie zawsze pociągała.

Kończy się dzisiaj deszczowy grudzień, który sprawiedliwie zmył ze wszystkiego kurz jesieni. Niech wszystko będzie teraz inaczej. Właśnie ucichł deszcz bębniący o blaszany dach mojej pracowni. Z prognozy wynika, że za godzinę zacznie padać pierwszy śnieg. Będzie to cicha noc.

cichanoc033s24

Opublikowano art, literature, liturgy, medieval studies, nature | Otagowano , , , , , | 2 komentarzy

Spotkanie w domu literatury

Ostatni raz byłem tu przed 33 laty. Przyjęto mnie do koła młodych ZLP, ale nic z tego nie wynikło, bo tydzień później ktoś wprowadził stan wojenny i wszystko się rozpadło. Pamiętam że w komisji była Kasia Boruń jeszcze chyba nie Jagodzińska, ale nie jestem pewien, oraz Antoni którego nazwiska dwusylabowego nie pomnę, ale sobie przypomnę, bo miałem z nim wtedy ciekawą wymianę zdań. Wymyśliłem otóż blog literacki. Na fali solidarnościowej swobody, kiedy powielacz i kserokopiarka przestały być traktowane jak dynamit, stało się możliwe stworzenie biuletynu, w którym każdy z członków koła młodych dostawałby do wypełnienia jedną stronę, to by się potem łączyło w jeden plik i w całości jak leci powielało w iluś tam egzemplarzach. I pamiętam, że Antoni (w nazwisku mi majaczy jakieś Ci) pochwalił pomysł, mówiąc: Tak, gdyby coś  takiego było świetnie redagowane, to byłaby ważna sprawa. I tu się rozminęliśmy, bo mnie chodziło o coś zupełnie spontanicznego i w żadnym razie nie redagowanego, każdy miał mieć prawo opublikować to, co napisał i tak jak napisał, będąc panem suwerennej strony w składkowym biuletynie.

Zanim doszło do następnej wymiany zdań z kolegami  w kole młodych, powielacze i kserokopiarki znowu się stały dynamitem z gotowym do podpałki lontem, więc dopracowanie tego pomysłu nie nastąpiło. Nawet kiedy kserokopiarki przestały znowu być dynamitem, a powielacze całkiem wyszły z użycia, nie wróciłem do tego pomysłu, bo już koło przestało być młode, a ja całkiem straciłem  literackie kontakty. Nawet już nie wróciłem do odwiedzin redaktora działu poezji w „Twórczości”, dzięki któremu debiutowałem w sposób dorosły  – bo wcześniej coś tam ukazywało się w pismach młodzieżowych. Jeśli gdzieś tam jest jeszcze archiwum, to może leży narracyjny wiersz (w stylu „Goździka zielonego”), który napisany w jednym egzemplarzu powędrował do lektury pana Ziemowita Fedeckiego. Można go rozpoznać po tym, że był pisany na maszynie, możliwe że z niebieską taśmą,  były takie sztuczki, ale przede wszystkim nie na arkuszu papieru A4, tylko na kawałku rolki papieru dalekopisowego, bo się u kogoś zaopatrzyłem i pisałem różne rzeczy na tej rolce, odcinając po prostu tyle ile się zapisało.

Dzisiaj Internet daje nam idealne możliwości publikowania tego co się napisze i jak się napisze, a portale i blogi literackie są ogrodami bez końca, przeważnie nie plewionymi, ale o to mi chodziło. Plewcie je albo nie plewcie, ale pamiętajcie, że ja je wymyśliłem.

biesiada18-12

Opublikowano books, literature, medieval studies, personal, poetry | Otagowano | 4 komentarzy

Czysta forma pewnych wypadków

Ale jest to nic więcej jak czysta forma pewnych wypadków, zastygłych w nieskończoności Istnienia. St.I. Witkiewicz, Matka, Akt III epilogowaty

W najnowszym wykonaniu swojej adaptacji Matki Witkiewicza 12/12/2014 Jolanta Juszkiewicz kładzie nacisk na przytoczoną maksymę, powtarzając ją na pożegnanie w kontekście adresującym ją do „publiczności zwymyślanej” od idiotów. Apelu przewrotnym, gdyż brzmiącym jak zrezygnowane ale jednak pocieszenie.

W adaptacji znika warstwa wymyślonej przez Leona intelektualnej rewolucji, która miałaby polegać na zatrzymaniu rozwoju instytucji i organizacji społecznych, zagrażających jednostce. Być może ten usunięty wątek tekstu, tak samo jak i pominięte osoby dramatu, są zastąpione czerwoną włóczką utkaną w pajęczyniastą draperię. Tylko ona jest kolorowa w zaplanowanej przez Witkacego czarno-białej konwencji scenografii. Tylko z nią obcuje Matka, z nią tańczy tango La Cumparsita, przeżywając tak pragnienie bliskości i miłości.

Matka-JJuszkiewicz-fotM.Koczkodaj5

Opublikowano art, literature, satire, teatr, theatre | Otagowano , | 3 komentarzy